Wyprawa życia Basi Kozłowskiej i Marty Herman do Australii on-line   
  część 1. 20.06 - 02.07   |   część 2. 03.07 - 29.07  |   część 3. 30.07 - 24.08   |   część 4. 25.08 - 27.08
Jeszcze piątek
02.07.2010
Wdrożono program oszczędnościowy. Skoro bułka kosztuje tu 1.5 zł to nie ma wyjścia. Do godziny 18 nie wydałyśmy ani centa.
W nagrodę kupimy sobie wino za 3$ (niech żyje Brygida Jones)
   
Sobota
03.07.2010
Wrażenia z oglądania samochodów
Dość mocno już poirytowane naszą niemocą, w kwestii zakupu samochodu, oglądamy wszystkie możliwe samochody (aż 3), z każdym coś nie halo, ale to nic w porównaniu z procedurą zakupowania i przerejestrowywania samochodów. Każdy ma na to inną teorię. Pan mechanik, który chętnie odpowiedział na wszystkie nasze pytania, powiedział coś dokładnie odwrotnego niż przypadkowo zagadany przechodzień, tak więc nasza wiedza w kwestii procedury kupna sprzedaży  pojazdów mechanicznych jest dokładnie taka sama jak w dzień wyjazdu, czyli żadna. Wśród samochodowych podróżników ogólnie zasada jest taka, kupujemy samochód, jeździmy nim ile potrzebujemy a wszystkie możliwe urzędy omijamy szerokim łukiem. Jest tylko jeden mały szczegół, to jest procedura stosowana przez Włochów, Francuzów i Hiszpanów, natomiast ludy północne Niemcy, Anglicy czy też my chcemy mieć coś przynajmniej trochę "bardziej legalnie". I tak kierując się praworządnym wychowaniem odkryłyśmy instytucją, która nazywa się tak: Ministerstwo Tajemniczych Procedur Międzystanowych Rejestracji Pojazdów Zakupionych z Bliżej Nieokreślonego Źródła, które to jeszcze bardziej, zniechęciło nas do legalnego zakupu jakiejkolwiek bryki. Co gorsza jeśli jeszcze raz zadzwonimy do Tomka, z jakimś pytaniem o samochód przestanie odbierać telefony i ucieknie z Brisbane zanim tam dotrzemy. A to wszystko przez to, że każdy stan ma inną procedurę i dokumentacje samochodową.

Relacja z przejażdżki
Sam Hołek no i oczywiście 2 Krzysztofów z Matejki mogą być z nas dumni. Na jazdach próbnych (jedna ze strachu odbyła się po parkingu) nikogo nie zabiłyśmy i niczego nie uszkodziłyśmy. HURA!!! Gdyby tylko wycieraczki (które są tu zamienione miejscem z kierunkowskazami) sygnalizowały gdzie planujemy skręcić, wszystko byłoby ok. Objechałyśmy ze 2 ronda i jakieś tam skrzyżowania. Jesteśmy absolutnie cudowne. Wreszcie coś się ruszyło, kryzys minął.
   
Niedziela
04.07.2010
Niedziela to dzień bez sensu, nie można kupić auta bo wszystko zamknięte.
Mechanik poszedł  do Kościoła.
   
Poniedziałek-piątek
05/09.07.2010
W sportowym skrócie do 09.07
Jak to piszemy to już mamy przejechane jakiś 1000 kilometrów naszym Stefanem, (niebieski Ford Falcon z 1995 roku), którego ochrzciłyśmy w ten sposób aby uczcić, słynny statek rejsowy. Nasz co prawda nie jest tak wielki jak Stefan Batory, ale co najmniej tak samo ekskluzywny. Ma kuchnie, sypialnie i garderobę, no po prostu wszystko. Na chwilę obecną jest już ładny, czysty i odkurzony, bo jak go kupiłyśmy unosił się w nim zapach kurzu z australijskiego outbacku i testosteronu  (samochód kupiłyśmy od trzech niemieckich studentów). Już nawet udała nam się spędzić w nim jedną noc. Z małymi przygodami ale przecież nie może być normalnie
 
    Nasz przystojniak                                                                             Stefan
   Tak więc urzeczone naszym wspaniałym Hotelem Falcon udałyśmy się wraz z nim na parking miejski, usytuowany przy samej lagunie, wyposażonej w piękne i jak nam się wydawało, całodobowe toalety i prysznice. Oczywiście celem uniknięcia opłaty parkingowej przyjechałyśmy na parking po 21, akuratnie po tym jak zamknęli toalety i prysznice. No trudno, w myśl zasady, że dobrzy ludzie żyją w brudzie umyłyśmy tylko ząbki i poszłyśmy spać. Było miło, wygodnie i cieplutko aż tu nagle usłyszałyśmy przeraźliwe stukanie o dach naszego pokoju. Wystraszona Basia uchyliła firaneczkę w okienku a jej oczom ukazał się ubrany na niebiesko potwór z parkingu (na szczęście nie był to najstraszliwszy rodzaj potwora policyjnego tylko taki z ochrony) co nie zmienia faktu to był bardzo zły potwór bo zakazał nam spania i kazał zabrać nasz domek na kółkach i jechać spać w inne miejsce. Komizm tej sytuacji polegał na tym, że pan nas co prawda wyrzucał, ale przy tym bardzo nas przepraszał, że nas w ogóle obudził.  Po tej pobudce postanowiłyśmy się przenieść z naszym spaniem pod Instytut Transportu, w końcu najciemniej pod latarnią.

Drogi już trochę pokonałyśmy. Pierwsza wycieczka, jeszcze przed ewakuacją z Cairns odbyła się do Port Dauglas. Miasteczko ładne ale było zaledwie przystawką do tego co było dalej. A dalej był las (bynajmniej nie krzyży), las piękny, zielony, a przede wszystkim tropikalny z rzeką, wodospadami i różnym zwierzątkami. Spacerek po Mossman Gorge był pierwszą nadzwyczajną atrakcją. To było na północ a teraz zmierzamy na południe i na spotkanie z Beatą i Tomkiem ale, żeby nam się nie nudziło to uatrakcyjniamy sobie troszkę naszą wycieczkę i tak oto zwiedziłyśmy Townsville
 
    100 letnie drzewo w Townsville                                                          Hinchinbrook National Park
 
   Mosman Gorge                                                                                 stwory w Akwarium w Townsville
  Zgodnie z tym co powiedział nam, zdziwiony że nam się tam w ogóle chciało przyjechać, tubylec na parkingu, w mieście rzeczywiście nic takiego nie było, oprócz akwarium. Więc wydałyśmy trochę pieniędzy, żeby sobie popatrzeć na rafę chociaż przez szybkę bo inaczej to nie da rady, no chyba, że uruchomimy karty kredytowe całej rodziny. Rybki były fajne chociaż widok rozciągający się z autostrady był na tyle hipnotyzujący, że aż musiałyśmy się zatrzymać. Hinchinbrook National Park nas powalił. Dobrze, że Stefan z wrażenia nie zwariował. Po wyczerpującej jeździe, australijską autostradą, zatrzymałyśmy się Blue Water gdzie bardzo sympatyczny pan, stwierdził, że woli udawać że nie widzi jak wyjeżdżamy na kamping niż nam wypisać rachunek na spanie w kombiku. Jak już mówiłyśmy Australijczycy to bardzo mili ludzie z bardzo dobrymi pomysłami. Oby tak dalej.

Następny dzień to wyprawa do Airlie Beach. Przez moment wydawało nam się, że niewiadomo po co się tam ładujemy. Dziura zabita dechami, ciemno jak u przysłowiowego Murzyna albo w miejscowym wariancie Aborygena, ani pół latarni, sklepy otwarte do 19, dramat. I tak właśnie nawet o tym nie wiedząc trafiłyśmy do Raju. Ale ta ziemia obiecana objawiła nam się dopiero po pobudce o 6.30 następnego dnia.

Wszystkim nieobecnym na naszej wyprawie należy kilka słów wyjaśnienia.

Po pierwsze, ponieważ w chwili obecnej panuje tu zima Słońce gaśnie o godzinie 18. A wygląda to mniej więcej tak jakby ktoś nagle wyłączył światło w nocy w pokoju pomalowanym na czarno.  Ciemności są niesamowite, od 18 tracimy rachubę czasu i ciągle nam się wydaje że jest około północy i pora iść spać, szczególnie że mimo wygód zapewnianych nam przez Stefana nie ma się za bardzo jak wyspać bo trzeba jak najszybciej gdzieś dojechać, żeby się załapać na jak najwięcej światła dziennego. Jazda samochodem też łatwa nie jest, chociaż jazda złą stroną ulicy nie jest trudna (obydwie mamy na koncie po zaledwie jednej i krótkiej jeździe pod prąd), to australijskie autostrady (mimo tego, że Niemców tu spotykamy więcej niż Australijczyków) koło niemieckich nawet nie stały. 

Po drugie,  jeżeli w Australii w ogóle są jakieś kangury to tylko te, które leżą martwe przy drodze, żadnych innych nie wiedziałyśmy. Za to te wszystkie małe niedogodności rekompensują nam widoki, które pozwalają nacieszyć oczy i duszę. Australia jest definicją piękna natury, a jeśli istnieje coś takiego jak „bezkres” to tutaj jest on wszędzie gdzie okiem sięgnąć.
   
Sobota
10.07.2010
Wspomnienie z raju
  Rajem okazały się Wyspy Withsunday. Ulegając namowom wszystkich napotkanych turystów wybrałyśmy się na wycieczkę na wyspy. Wycieczka wspaniała, plaże wspaniałe, atmosfera wspaniała, widoki takie, że szczęka opada. Plaże z list top 10 świata po prostu nie do opisania. Piasek tak biały i tak drobny, że wyglądał jakby ktoś tam tony mąki ziemniaczanej wysypał. Ale skoro nie da się tego opisać to na tym koniec. Możemy wam tylko zdradzić, że płynęłyśmy super szybką łodzią, zjadłyśmy fajny lunch, widziałyśmy plaże, nurkowałyśmy i spotkałyśmy kilka egzotycznych zwierząt. Raj teraz czeka na kogoś innego.






                                                                                               
                                                                                                                                            Whiteheaven Beach
 
    Żywioł                                                                                              Wyspy Withsunday
 
    Jaszczurka też chciała lunch                                                              Nowy kumpel Basi
   
Niedziela
11.07.2010
Droga do Beaty i Tomka

Kangury jednak istnieją, w każdym razie jeden, na pewno, bo aż tyle, póki co, udało nam się zobaczyć na żywo przy drodze. JEJ! Stał jakby go zahipnotyzowało i jakby właśnie nam zamierzał wyskoczyć pod koła (na szczęście się powstrzymał). Tak właśnie zaczęła się nasza podróż w głąb kontynentu. Cudownie.
 
    Droga krajowa                                                                                  Widok z drogi
  Wjechałyśmy sobie żeby obejrzeć dworzec w Emerald - 19 wieczna konstrukcja i dziki zachód.

No i był dziki zachód bo trafiłyśmy idealnie na pociąg ,którym odbywał się transport bydła. Spotkałyśmy chyba wszystkie krowy Australii, gdzie jechały nie pytałyśmy bo dzień wcześniej jadłyśmy na wyspie steki z grilla i bałyśmy się, że nam "wczaskają". 










   Dworzec w Emerald
 
    Rockhampton
  Po doświadczeniu dzikiego zachodu, ruszyłyśmy w drogę do Rockchampton (powrót na wybrzeże) bo chciałyśmy sobie stanąć na zwrotniku. No i udało się. Niestety ku rozczarowaniu, szczególnie Basi, zwrotnik nie był jakoś spektakularnie oznaczony ale był. Była też pierwsza ładna architektonicznie ulica, no kolejny udany dzień.

Stefan też wydaje się być zadowolony ze współpracy z nami. Nie narzeka i dowiózł nas do Brisbane prosto na imprezę.

 
I dlatego siedzimy sobie teraz u Beaty i Tomka.












A tu jest zwrotnik
   
Poniedziałek-czwartek
12/15.07.2010
  
Przez 4 dni świętowaliśmy wspólne spotkanie. AłA.

Beata i Tomek, jeśli są w ogóle w Brisbane, to mieszkają w klasycznym Queenslanderze (domek na kurzej stopce). I to właściwie tyle, co ten dom ma z Australii, bo tak naprawdę zamieszkują go ludzie z wszyskąd.

Wieczorem, jak przyjechałyśmy, w domu było tyle ludzi, że cały następny dzień próbowałyśmy dojść do tego kto jest mieszkańcem a kto tylko gościem. W zasadzie drzwi domu nie zamykają się, czasami można odnieść wrażenie, że do domu przychodzą ludzie z ulicy tylko skorzystać z toalety i wychodzą.

Nie ma też żadnego języka urzędowego.

Mówi się głównie po polsku, hiszpańsku i angielsku, nie wszyscy znają każdy z wymienionych języków, za to każdy skutecznie klnie w przynajmniej trzech powyższych.

   Dom Niezwykły
  Dużo się dzieje, każdy coś gotuje, pralka i suszarka chodzą non stop a z powodu chwilowego nadmiaru ludzi, biedny Rodrigo musi spać w szafie.

Cudownie tu jest.

Wczoraj (czwartek) był wieczór kuchni meksykańskiej, Rodrigo przygotował taki obiad, że zaczynam się zastanawiać czy mu się nie oświadczyć (Marta).

Na obiedzie byli mieszkańcy domu z Kolumbii, Meksyku, Polski, Słowacji i Francji. Zaraz po posiłku przyszedł zaprzyjaźniony Węgier, który już nawet nie puka do drzwi jak wchodzi. 

Zaraz idziemy na uliczną salsę.
   Rodrigo i lama 
   
Piątek
16.07.2010
 
Salsa była fantastyczna a nasza prywatna kolumbijska korepetytorka jeszcze lepsza. Potem były urodziny Adriana w domu a jeszcze później były urodziny Adriana w klubie (temat wieczoru Latino Night).

Nie da się tego żaden sposób porównać z imprezami Latino w Polsce, bo tutaj na takich imprezach są sami Latynosi, którzy chcą tańczyć, tańczyć i tańczyć. Z związku z tym miałam okazję (Marta) potańczyć sobie salsę z Latino loverami i doszłam do wniosku, że to cholernie trudne.
   Claudia i Marta na ulicznej salsie 
 
   Urodziny Adriana (w klubie)                                                               Brisbane
   
    Z powodu imprezy zapomniałyśmy napisać, że z Brisbane wyskoczyłyśmy na małą wycieczkę na Gold Coast do Surfers Paradise a wygląda tam tak:
 
    Surfers Paradise                                                                               Surfers Paradise
 
    Surfers Men's Paradise (autor zdjęcia nieznany)                                  Trening młodych surferów
   
Sobota
17.07.2010
Przed najważniejszym punktem programu wycieczki do Brisbane czyli wyjściem na Rodeo, Tomas (nasz przyjaciel z Węgier), postanowił zabrać nas na targ – taka pomniejszona wersja targu w Będzinie czyli "hasie, szkło i bele co" ale za to tanio i dzięki temu w dalszą drogę na południe wyruszać będziemy wyposażone w bananki, jabłuszka, pomidorki i takie tam. Targowisko, gdy na nie dotarliśmy to już było takie trochę zubożałe w straganiki, bo mieliśmy pourodzinowe zwolnione tempo. Najważniejsze jednak było to, że na targu było stanowisko z lekiem na „zwolnione tempo” (Mango Apple ice juice), a niektórym był on bardzo potrzebny.

Potem to do domku i przygotowania na spotkanie z seksownymi kowbojami, którzy na naszych oczach mieli ujeżdżać ogromne byki. I to właśnie zobaczyłyśmy. Kapelusze, koszule w kratę, jeansy, kowbojki i hurra. Widowisko niesamowite, tłumy ludzi, ogromne zwierzęta i dosiadający je mężczyźni (a właściwie spektakularnie spadający z nich mężczyźni). Oto właśnie kwintesencja rodeo.
    Rodeo 
   
Niedziela
18.07.2010
Po całym tygodniu wrażeń pucujemy Stefana, odkurzamy, wieszamy świeżo wyprane zasłonki. Dzisiaj wyruszamy z Brisbane. Zmieniłyśmy plany, ruszamy na zimne południe, żeby na koniec naszej wyprawy wrócić na północ i trochę się  powygrzewać.
   
Poniedziałek
19.07.2010
 
Byron Bay 
  Początek naszej podróży okazał się być bardzo łaskawy, bo zgodnie z planem i zaleceniami trafiłyśmy do Byron Bay.

Najpierw była wizyta na plaży (najbardziej udana bo najmniej wietrzna), z której po raz pierwszy nie trzeba było uciekać z powodu chłodnych zimowych wiatrów, no cudo.

Potem ogarnął nas szał zakupowy, pamiątki, gadżety, buty…
  Ale najlepsze zostało na koniec: latarnia morska i trasy widokowe położone gdzieś wokoło. Oto Australijski Raj numer dwa. Widoki zapierały dech w piersiach.

Po raz kolejny przekonałyśmy się, że Europa jest pomnikiem architektury a Australia natury. Do tych wniosków dochodziłyśmy osobno, ponieważ Basia postanowiła przetestować swój super wypasiony aparat, którego tajniki obsługi zdradził jej Tomek (a szło jej to bardzo wolno), na co Marcie trochę brakło cierpliwości i wyruszyła na samodzielną eksplorację ścieżek.

Co ciekawe, brak cierpliwości został wynagrodzony widokiem wielorybów. Hurra. A wszystko to, dzięki wspomnianej już wcześniej, uprzejmości Australijczków, gdyż przechodzący pan zwyczajnie uświadomił mnie, gdzie  one są
.
 
   
Wtorek
20.07.2010
 
Coffs Harbour

Dzisiaj była wycieczka do królestwa kiczu, czyli do wielkiego plastikowego Banana, (Coffs Harbour) taki pomnik na cześć ogromnej ilości plantacji bananów. Trochę czasu spędziłyśmy też w Wolla….

Kluczową kwestią ostatnich trzech dni jest jednak budżet, który to, biedaczek jeden, do tej pory został tak nadszarpnięty i nadwyrężony, że postanowiłyśmy go odbudować. I w ten oso sposób od trzech dni śpimy na przydrożnych parkingach i zażywamy zimnych kąpieli pod przyplażowymi prysznicami w nadmorskich kurortach. Cudo.

Niedługo będziemy miały super gładką skórę i kupę kasy. Myślę, że po powrocie czeka na kariera u boku premiera, możemy zostać ministrami do spraw oszczędności
 
 
   
Środa
21.07.2010
  
Port Macquaire
  Dzisiaj był wyjątkowo wakacyjny dzień, powolny i leniwy, tylko że temperatury jakoś mało wakacyjne, deszcz i pierwszy raz obowiazywało pełniejsze obuwie (zamiast klapek baletki i półbuty), ale nam to nie przeszkadza bo jutro będzie jeszcze zimniej (płyniemy super szybką łodzią w głąb morza na oglądanie wielorybów).

Dzień wieloryba będzie jutro, a dzisiaj był dzień misia koala. Odwiedziłyśmy Koala Hospital, w którym mieszkają i przystosowują się do życia biedne misie po przejściach. Sama rozkosz, bardzo uprzejmi ludzie i bardzo śmieszne i zachłanne misie (trafiłyśmy na porę karmienia).

Byłyśmy również na pieszej wycieczce koło latarni (morskiej oczywiście) ale szybciutko stamtąd uciekłyśmy bo wiało tak, że nawet w kieleckim na wykopkach tak nie hula. Za to widoki jak zwykle powalające.
 
   Jedzący misio 
   
   Objedzony misio                                                     Widok z latarni
  Mamy tu naprawdę kiepsko z Internetem, bo nawet jak jest, to go i tak nie ma!!!!! Relacje nie będą na bieżąco, bo jest to niemożliwe.Tak to tu wygląda. Prosimy o cierpliwość.

A poza tym, to mamy ograniczony dostęp do prądu. Na kampingach (gdzie jest prąd i możliwość podładowania kompa i innych sprzętów) śpimy co 4 noce. Właśnie dzisiaj i akurat trafił nam sie karawan park z dwugodzinnym Interentem. Ale to jest wyjątek, a i tak ten internet chodzi przymulasto! 
   
Czwartek
22.07.2010
  
Dzień wieloryba został odwołany. Australijczycy to mięczaki. Deszcz i niska temperatura skutecznie ich przestraszyła i zrezygnowali z płynięcia „jet boatem” w morze. Na liście ochotników zostałyśmy tylko my dwie (no i jakieś dwa inne osobniki ale nie wiemy kim oni są), tak więc zmieniłyśmy plan i po wydłużonym poranku pojechałyśmy do Forster ale po co to niewiadomo. No dobra, był ładny widok, ale zbulwersowane brakiem wielorybów go olałyśmy i nawet aparatów nie wyciągnęłyśmy.
 
   Na osłodę zdjęcia wielorybów nieznanych nam autorów
Po szybkim zwiedzaniu wsiadłyśmy do Stefana i ruszyłyśmy w dalszą podróż na południe a głównym punktem naszej drogi było przygotowanie pysznego makaronu z jakimś średnio zjadliwym sosem i herbatki z cytrynką zerwana z drzewa w ogródku Beaty i Tomka. Dziękujemy. Z pełnymi brzuchami ruszyłyśmy w drogę ale daleko nie ujechałyśmy bo padało. Nie żeby Stefan w deszczu jeździć nie potrafił ale wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody, więc w ciemnicy (było już po 18) i deszczu poszłyśmy spać na parkingu na którym się zatrzymałyśmy.

Ponieważ ułożenie się do snu, bez wychodzenia na okoliczność deszczu z samochodu nie jest proste oto opis.

Basia, siedząc na miejscu pasażera, prześlizgnęła się do tyłu, ale dla Marty, wśród śpiworów, skrzynek i Basi brakowało już miejsca więc, Basia podawała skrzynki na przednie siedzenie a Marta je układała, po czym również prześlizgnęła się do sypialni, potem szybka zmiana garderoby na nocną (chociaż na tym etapie drogi to już nie wiemy co jest piżamą a co strojem dziennym) i do śpiworów. Tak lało, że nawet nam się sikać odechciało, bo trzebaby było wyjść, ale żeby zachować chociaż elementarną higienę zęby zostały umyte przez okno. Ale nie narzekamy, bo i tak nasza wycieczka jest warta wszystkich poświęceń.

Komunikat dla tych, którzy chcą więcej zdjęć i częstszych relacji.

Otóż Australia to dziki kraj, który, jak twierdzą sami Australijczycy, jest kilka lat za murzynami a w kwestii Internetu to nawet sto. Internet, nawet jeśli jest to tak wolny, że jeśli w kafejce internetowej siedzi setka ludzi a z tego pięciu to Europejczycy to natychmiast można ich rozpoznać po irytacji, którą mają wypisaną na twarzy. Wczoraj, na przykład, dostałyśmy bonusowo 4 godziny Internetu za darmo, z czterech Internet był tylko 2 a z tych dwóch w miarę normalnie chodził przez jakieś 20 min i 5 następnych (ale to już było po naszym czasie). Dramat, uczymy się cierpliwość, przyda nam się do pracy.
W oczekiwaniu na relacje z Sydney...   Specjalnie dla Gieny zdjęcia zwierzątek australijskich (autorzy zdjęć nieznani)
 
    Australijski kot mist (Australian Mist)                                                 Mały Dinguś
 
   Dingo 
 
   Kangur czyli kangaroo czyli gang-oo-roo czyli nie rozumiem cię 
 
   Już niedługo będę taki duży i silny jak tato! Krokuś                              Tato Krokusia
 
    W Australii żyją również inne niebezpieczne zwierzęta...
   
Piątek
23.07.2010
  
Newcastle
Przewodniki nie kłamią, nic tam takiego nie ma, ale miasto stoi akuratnie na drodze do Sydney, więc tam wjechałyśmy. Przejechane i schodzone i wystarczy.
   
Niedziela
25.07.2010
  
Wielki całusy dla taty Krzysia na okoliczność imienin. Wszystkiego najlepszego. Kocham cię. JESTEŚ NAJLEPSZY. Marta (Basia też).

Wyjaśniam również, że z powodu ograniczonego bagażu nie spakowałam kalendarza, więc jeśli kogoś urodziny lub imieniny zostały pominięte to nie z braku chęci, ale braku środków i często Internetu. Tak więc składam najserdeczniejsze, życzenia wszystkim jubilatom i solenizantom z lipca i sierpnia (Cioci Małgosi, Lońkowi, Cioci Krysi, Cioci Stasi, wszystkim pozostałym też i jakbym nie zdążyła na chrzciny to maluchy bardzo całuje. KASICA TRZYMAJ SIĘ. Marta
godz. 07.27 Właśnie wpłynęłyśmy promem do Sydney od strony opery. Rewelacja!
Szczegóły już wkrótce....
   
Sobota-niedziela-poniedziałek
24/25/26.07.2010
  
Pierwszy dzień w Sydney, a właściwie w Manly (dzielnica) upłynął nam na sprawach administracyjnych: odnalezienie parkingu do spania na później, znalezienie pola kampingowego (przypadał dzień ciepłego prysznica i prania), sprawdzenia cen wejść do różnych obiektów w Sydney i takie tam pierdoły, które jak zwykle pochłonęły lwią część naszego krótkiego dnia. Po tym wszystkim czyste, świeże i pachnące mogłyśmy udać się promem na eksplorację miasta.

Już sam prom był atrakcyjny, bo wpływał do samego centrum i dostarczał widoków na operę, słynny most i ogólnie panoramę miasta. Wszystko to piękne, ale wywierające znacznie większe wrażenie po zmroku. Tak czy inaczej mało nie piszczałyśmy z wrażenia ciągle nie wierząc, że na taką wycieczkę sobie zorganizowałyśmy.
    Sydney Opera House 
  I tak oto, żeby zbadać każdą atrakcję, wyposażone w przewodniki oglądałyśmy wszystko co się da (z oszczędności raczej z zewnątrz niż od wewnątrz, ale lepiej tak niż wcale). Był budynek parlamentu, szpital, Hyde Park, Ogrody Botaniczne, festiwal zapachów, chyba wszystkie możliwe galerie sztuki aborygeńskiej…, no i oczywiście most, ale to już w okolicach zachodu słońca, żeby lepiej oglądało się panoramę miasta.

Wspinaczkę na górną część mostu sobie odpuściłyśmy, gdyż ta atrakcyjna, około godzinna wyprawa, w specjalnym sprzęcie zabezpieczającym i specjalnym ubranku, kosztuje jedynie połowę naszych miesięcznych nauczycielskich pensji.

No cóż, za to w ramach rozpusty następnego dnia poszłyśmy do kawiarni na kawę i jedno ciacho na spółę, a te rarytasiki spożywałyśmy w najstarszej dzielnicy Sydney, The Rocks.
   Mieszkaniec Sydney 
  Mimo, że chętnie zostałybyśmy dłużej, to w trosce o nasz budżet (planujemy przecież jeszcze Melbourne, Broken Hill, Góry Śnieżne i Błękitne, a na koniec Sunshine Coast) tyle nam musi wystarczyć. Aura też raczej mało sprzyjająca, bo zawsze, jak sobie chcemy coś upichcić w naszej cudownej kuchni polowej, to akuratnie zaczyna padać i tak do rana.

Co więcej zimę tutaj mamy, więc jest zimno i coraz trudniej nam zażywać tych cudownie zimnych kąpieli i myć nasze dwa garnki (trzeci już gdzieś zgubiłyśmy) w zimnej wodzie, o gotowaniu w warunkach polowo- deszczowych już nie wspomnę. Dzisiaj to już naszą pyszną zupkę z puszki gotowałyśmy w zamkniętej knajpie, która jest wyposażona w zadaszony tarasik i otwarte całodobowo ubikacje, z zimnym prysznicem.
   Dzielne podróżniczki 
   
   Panorama ulicy w Sydney według ślepego 
   
   Uwaga misie!!! 
  A na koniec relacji z Sydney szokujące zdjęcie pokazujące życie nocne w naszej sypialni; sorry Stefan za brak dyskrecji...
   
Wtorek
27.07.2010
  
Dzisiejszego dnia jest ładnie i przyjemnie. Postanowiłyśmy więc wykorzystać sprzyjające warunki i urządziłyśmy sobie dzień urlopu od naszego meczącego urlopu.

Urlop od urlopu tak nas zmęczył, że po południu w
yjechałyśmy z Manly. Od nocy ściana deszczu, jedzie sie koszmarnie, tak więc dzisiaj zamiast wspinaczki po Błękitnych Górach, będzie ekstremalne czytanie książek na parkingu pod górami! Zdjęcia poniżej niestety nie są nasze.
 
    Blue Mountains... Jaka szkoda, że nie mamy rowerów... wtedy, pomimo niepogody na pewno byśmy się wybrały na wycieczkę....
  Stefanowi dostało się, że nie pomyślał o rowerach!
   
Środa
28.07.2010
 
A jednak - Blue Mountains (Góry Błękitne)

Jest zimno ok. 6,7 stopni i pada. Masakra. Przez deszcz i super słabą widoczność nasza około 100 kilometrowa przejażdżka z drobnej godzinnej wycieczki zamieniła się w pięciogodzinną podróż. Niezgodnie z planem do Katomby, takiej australijskiej Wisły (też tu linia kolejowa wzdłuż drogi prowadzi), dotarłyśmy w godzinach lekko popłudniowych i wyposażone w ekwipunek górski (parasolki z Rossmana i chińskie żarówiastożólte plastikowe pelerynki) od razu udałyśmy się ku największej atrakcji czyli oglądać „Trzy siostry”. Dobrze, że wiedziałyśmy, że tam są bo przez mgłę i deszcz udało nam się zobaczyć tylko jedną i to dopiero jak już prawie w nią uderzyłyśmy. No cóż, mogło być gorzej, mógł padać śnieg.
    To nie woda, to mgła w wąwozie 
  Skoro nic nie było widać, zdecydowane na spędzenie nocy na polu kampingowym i podjęcie drugiej próby następnego dnia, udałyśmy się na zakupy, bowiem w Nowej Południowej Walii odkryłyśmy sklep z rarytasami z „Rajchu” czyli Aldiki.  I tak aby zaspokoić naszą potrzebę skonsumowania czegoś z mięsem, kupiłyśmy sobie mrożoną lasagne bo jakoś nie przewidziałyśmy, że pole kampingowe może nie mieć kuchni, a jednak może (z naszej kuchni polowej przy deszczowej aurze trochę się niewygodnie korzysta bez zadaszenia). Zeżarłyśmy coś innego i poszłyśmy spać w nadziei na lepsze jutro.
    Spacer po lesie 
   
   Drzewo od środka                                                    Ekwipunek górski
   
    Maleńka paprotka 
Czwartek
29.07.2010
  
 I tak oto właśnie nadeszło (lepsze jutro). Rano dalej było zimno, ale już bez deszczu, więc szybciutko udałyśmy się na kolejną wycieczkę w górki i do lasu. Przy drugim podejściu udało nam się zobaczyć wszystkie trzy Siostry i o wiele więcej, bo udałyśmy się do „ Scientic World” i tam korzystając z systemu różnych kolejek górskich i własnych nóg udało nam się pooglądać kilka cudów natury. Z wodospadem W… już nie miałyśmy tyle szczęścia (znowu padało), ale dałyśmy radę co nieco zobaczyć. Potem to już szybko do hotelu i w dalszą drogę z powrotem na wybrzeże.
    Trzy Siostry - podejście pierwsze                                                     
 
    Trzy Siostry - reaktywacja                                                               Trzy Siostry - tuż obok
   
Piątek
30.07.2010
  
Relacja z Kiamy - kolejnego australijskiego raju wkrótce...
   
  ciąg dalszy - 3. część przygód naszych dzielnych bohaterek >>>
   
  Komentarze
Tata Krzyś         31.07 15:55 Skąpo z tymi wiadomościami, chociaż są cudowne. Zastanawiam się czy nie prędzej by było napędzać laptopa pedałami na pewno wiadomości docieraly by szybciej. KOCHAM WAS.
Giencyk             31.07 01:09 no, nareszcie wiem jak wyglądają australijskie noce w Stefanie.. i spacery po górkach... tak trzymać.. jest dobrze a będzie jeszcze lepiej.. pozdrawiamy serdecznie i całujemy słonecznie... czekamy na wieści.
Vojtek               30.07 23:42 Czy Trzy Siostry mają jakąś rodzinę w Polsce?
Ładnie uśmiechacie się w tym lesie...
Anna M.            30.07 20:24 Taak. Jest piątek... po środzie a nawet po czwartku a Wy nadal milczycie. Czyżby deszcz dał Wam aż tak popalić???? Trzymajcie się!!! :)))
Jaronia             30.07 10:42 Bieżący serwis pogodowy z Sydney  >>>
sonic73             29.07 22:27 Świetne lokum dał Wam Stefan:) A i miejsca ile:) Myślę jednak, że na rowery nie starczyłoby placu:)
rosa                  29.07 16:20 ooooooo cudne zdjęcia!! dziękuje za wiadomość, mam nadzieję, że moje do Was też dotarły! Kochamy Was mocno, jak zdążę to jeszcze za chwilkę napiszę, mały się obudził uciekam!
Anna M. i reszta Twoich Bab.                  28.07 21:45 Droga Martusiu i Basiu! Siedzimy u Agusi, czytamy relację z wyprawy i ..... pijemy Twoje (Wasze) zdrowie, jemy pyszne sałatki, ciasto czekoladowe z bitą śmietaną i tęsknimy za Wami. Buziaki.
ps. Czekamy na zdjęcia surferów - to słowa Marty - kangury nas nie interesują.
Anna M.            28.07 15:36 No wreszcie. Już myślałam, że wpadłyście w oczy jakimś ABORYGENOM i że WAS porwali. Dzięki Bogu NIE!!!!! Mam nadzieję, że zdjęć Sydney to troszki więcej zobaczymy już tu w Polsce. U nas norma tj. LEJE !!! jest szaro i depresyjnie - pono ma być lepiej. Tylko nikt nie wie kiedy. Buziaki.
Ola P. + Triple Trouble (M+T+M)           28.07 09:02 Wreszcie dostałam adres! Dzięki połączeniom satelitarnym z ul. Matejki i z Turcją! Nie mam czasu czytać, bo się pakuję/rozpakowuję/sprzątam w nowym mieszkaniu, ale zdjęcia pooglądałam. B_O_S_K_I_E!!!!
Marta, Marcin prosi, żebyś mi przywiozła taki strój z tymi sznurakami... ewentualnie same sznurki ... :) Całusy, będę czytać next week jak osiądę na nowym :)
Jaronia             28.07 07:53 Pięknie, piękniście ;-) Ale gdzie te zdjęcia przepięknego "po zmroku"?
sonik73             27.07 21:23 A może nie wpłynęły jeszcze do Sydney? Może koczują gdzieś w w Stefanie na peryferiach i dopiero czekają na prom??????
iwa                   27.07 18:11 ...długi ten rejs i wpłynięcie od strony operyyyyyyyyyyy :):) buzialki gorące na Wasze pychole :):)
Rosa                 27.07 09:00 Baś coraz piękniejsze zdjątka robisz:) mam nadzieje, że to Twoje? a Marta juz jaki film zmontowała?
Rosa                 27.07 08:57 solidaryzujemy się tu z Wami całym sercem i pogoda nawet:) mamy właśnie w Pl 17 stopni! upalne lato, trzeba aż do afryki uciekać na trochę coby ogrzać się deczko i katar Maciusiowy wyleczyć! Dziewczyny proszę Was o adres Beaty i Tomka i ściskamy Was przemocno!!!!
Vojtek              27.07 05:55 i czekamy.... ;-(((
Prawdopodobnie internet padł w całym Sydney...
Sydney stało się teraz pępkiem świata: wizyta naszych dziewczyn, na dodatek delegacja z FIFA wpadła na inspekcję (Australia stara się o organizację World Cup 2022)!
Anna M.           27.07 00:44 Wpłynęłyście i co ?????
Sabi - najliczniejsza grupa Marty               26.07 20:49 urodzinki za 2 dni czuję się obdarowana życzeniami :), ja już po wakacjach a wy ciągle w świecie, wierze że w końcu spotkacie żywego kangura :) pozdrawiam
Vojtek              26.07 19:34 Do Rosy - mam nieodparte wrażenie, że gdyby nie oczywiste względy to byś z radością dołączyła do naszych nieustraszonych dziewczyn ;-)))
Pozdrowienia dla Ciebie i Twoich chłopaków M&M!
Rosa                 26.07 18:04 heyo Babole, ależ nas tu tęsknica ogarnia za Wami! czekam tu na jaki smsik cy coś coby zadzwonić do budki jakieś i słów kilka zamienić, ukoić uszki Waszym głosem, ale cóż, nie wygram z Australią na pewno i nie pozostanie nic innego jak tylko czekać na Was!
Wy tak pięknie sobie podróżujecie a my tym czasem zarobieni po uszy, strasznie zazdrościmy Wam każdego zakątka, tego piachu, nawet ciasnej sypialni i nocki od 18, to musi być ekscytujące mega!!!!!!!!!!
Kochamy Was mocno i czekamy na dalsze wrażenia z Waszej cudnej podroży! powodzenia:)
Vojtek              26.07 08:23 Anna M - czyli wspólna koleżanka naszych dzielnych podróżniczek ;-)))
Kempczak        26.07 07:47 Dawno mnie tu nie było, ale z wypiekami na twarzy nadrobiłam wszystkie zaległości:) wróciłyśmy w piątek z Fronią z Łeby, dzieciory na koloniach były przekochane! Dziś śmigam pierwszy dzień do "nowej" pracy :) Wszystko jest pochytane, więc o nic się nie martw, tylko baw się, ile wlezie! pozdrowienia dla Was kobietki! i kusiole z pochmurnego Śląska! :)
Anna M.           26.07 00:42 PS 1. Wojtku co znaczy TA Anna M ???? PS 2. Serdeczne dzięki za życzenia :) co prawda w moim wieku to ... ale dzięki :)
Krokuś i jego synuś zrobili na mnie wyjątkowe wrażenie. No i co spoglądnę na Miśka to aż mnie w dołku ssie. Tak zaspany jak ja o 8 rano przez cały rok. Wpłynęłyście do Sydney. Proszę o fotki tego wyjątkowego miasta. Pozdrawiam WAS bardzo ciepło.
iwa                   25.07 19:13 Coś mi tu nie gra:) piszecie, że Australia to dziki kraj nawet według samych tambylców to ja nie wiem gdzie my żyjemy, bowiem wyczytałam dziś: "Australia jest krajem wysoko rozwiniętym, z wielokulturowym społeczeństwem. W porównaniu z innymi państwami Australia jest notowana wysoko jeśli chodzi o jakość życia, opiekę zdrowotną, przeciętną długość życia, poziom wykształcenia, Wskaźnik Rozwoju Społecznego (Australia jest na trzecim miejscu po Norwegii i Islandii), swobodę działalności ekonomicznej, wolność osobistą i prawa polityczne. Miasta Australijskie są w światowej czołówce w dziedzinie życia kulturalnego" - to jak to tam jest naprawdę??? :):)
Pozdrawiam Dziewczynki, Wy teraz smacznie śpicie to kolorowych snów, a raczej dzień dobry :) jak już się wyśpicie, buziaki gorące :)
Jaronia            25.07 07:03 Poranny serwis informacyjny: jak wynika z nocnego SMSa, dziewuszki wpłyną promem do Sydney do strony opery. Gdybym był na ich miejscu, to bym się posikał z radości. I to ze 3x.
Tata Krzyś        24.07 23:21 Dobrze, że przynajmniej jest skąpa relacja z Waszych przygód ale ja chcę wiadomość na emeil lub telefon bo inaczej po d...ch
Asia von Szomberg     
                        24.07 20:38
Świetne, lekkie pióro! Buźka sama się śmieje:)) przy czytaniu. Jeśli kiedyś założycie kabaret to wpisuję się do fan klubu. Dajcie więcej zdjęć! Może jakiegoś krokodyla? A Uluru macie w planach? Pozdrawiam
Asia von Szomberg     
                        24.07 19:40
Dziewczyny czytam wasze relacje z zapartym tchem-dechu brakuje, buzia się śmieje. A steków z krokodyla już próbowałyście? Czekam na więcej pozdrowień w Trójce-elektryzują! :))
Vojtek              24.07 08:04 Wolałbym, aby zastąpiły Wojciechowską ;-))))
sonik73             23.07 21:48 Niedźwiedzki wspominał o naszych dzielnych podróżniczkach???? To może jak wrócą to zastąpią Cejrowskiego na wizji!!!!:)
Giencyk            23.07 19:37 zdjęcia misiów słodkie, widoki szokujące ale gdzie są psy dingo i jakieś koty, co to wlazujom na płoty? Posyłom Wom cołko fura usmiechnietych kusików tzn. całusków, pozdro tyż wysyło moja rodzina, Kropka, Beza, Filip,Tofik no i naszo Wandulka, pyrsk....
Vojtek              23.07 15:13 Dzięki ;-))
Iwa                   23.07 14:51 Vojtku, ja nie wiedziałam, że jesteś takim mistrzem ciętej riposty (tej do mgr), ale podpisuję się pod Twoim komentarzem (no może poza deklaracją wręczenia 100 zł) pozdrawiam serdecznie Ciebie i cudowne dziewczyny :)
Vojtek              23.07 11:13 czy to może TA Anna M.? ;-)))))
Anna M.            23.07 10:47 No wielkie brawa. Obłaskawiłyście RAJ. Kangur zaliczony, koala też, salsa z latynosami - brakuje mi nadal sesji z "serferami" albo jak kto woli surferami. Poczekam. Mam czas. Buziaki.
ps. Błagam Cię Marto nie oświadczaj się Rodrigo - pamiętaj kuchnia to za mało!!!! on ma być absolutnie "zaradny"!!!!;)
Czekam na dalszy ciąg relacji.
Anna M.            23.07 10:29 Urocze Wariatki - ale tak trzymać. Myślę, że poza hałasem cała reszta jest absolutnie boska. Pamiętajcie o "serferach"!!!!!
Powodzenia.
Vojtek              23.07 09:47 Jak usłyszałem, że Marek Niedźwiecki mówił w Trójce o naszych dzielnych dziewczynach to oniemiałem!
Siora i Szwagiereczek
                        22.07 22:52
Planujemy w Turcji zakup koszulek: "fuck google, ask me", "I am not normal" i kilka innych poza tym oryginały Dolce Gabana, Prada, Swatch po 10 lirów za sztukę.
Tata Krzyś         22.07 21:40 Jakoś nie zachwyca mnie kuchnia meksykańska, salsa i owszem, ale mimo wszystko wolę kuchnię matejkowską i disco. Właśnie trwają przygotowania samych pyszności na 25. Kocham moje dziewczynki.
Vojtek              22.07 21:04 świetnie, że już jesteś ;-)))) (do Z Żeroma)
Vojtek              22.07 20:48 Drogi mgr (to do mgr)
Po pierwsze - czy nie razi Cię brak polskiej czcionki w Twoim komentarzu?
Po drugie - czy nie razi Cię brak spacji po kropeczce (.) lub przecinku (,) w Twoim komentarzu?
Po trzecie - podaj 3 błędy ortograficzne w relacji wraz z numerem Twojego konta - to wyślę Ci drogi mgr 100 zł!
Sonik73            22.07 20:08 Oj dziewczyny, dziewczyny nie narzekajcie na te zimowe wiaterki bo to właśnie MY WAM zazdrościmy, że macie czym oddychać:
( U nas ogólnopolska sauna za kompletną darmochę, uff....:( Tragedia. P.S Misiaczki są przesłodkie:) a wielorybki też uwieczniłyście żeby i nam pokazać?
mgr                  22.07 19:47 Niezla relacja z fajnej podrozy.W tekscie raza mnie jedynie bledy ortograficzne,ktore nie przystoja wyksztalconym paniom. Poza tym serdecznie pozdrawiam i zycze kolejnych,ciekawych podrozy.
Tato Józek       22.07 16:56 Witam Was, to Wasze wędrowanie jest godne zazdrości!
Kupiłem pralkę i pomalowałm łazienkę cześć
Iwa                   22.07 16:11 Misio rewelacyjny, w ogóle wszystko rewelacyjne, pozdrawiam gorąco bytomskie Powsinogi.
Z Żeroma          22.07 12:02 zgłaszam się w pełnej gotowości!!! już, już jestem na bieżąco (dzięki Jaronia) KOBIETY... co tam kangury i misie koala... dla mnie WY jesteście w Australii największą atrakcją ;) - pewnie dla australijczyków też! no i Wasz Stefan na kółkach - rewelacja! Cmoki
Litka                22.07 09:20 Cześć Laski, ale Wam zazdroszczę tej plaży z mąką ziemniaczaną;-)
Obecnie siedzę w biurze w "egzotycznym":D Mikołowie i ekscytuję się Waszymi przygodami;-)
Bardzo podoba mi się opis sytuacyjny dotyczący kangurów:P Pozdro!!  
Vojtek              22.07 08:41 Gratulacje!!! (dla Jaronia)
Naszym dziewczynom też gratuluję - świetne fotki i relacje
i zazdroszczę - niezapomnianych wrażeń!
Czekamy na komentarze! (nie tylko do Z Żeroma)
Jaronia            22.07 08:27 wysłałem przed chwilą maila dyscyplinującego do Z Żeroma :)
I jeszcze chciałem powiedzieć, że zamknąłem sesję i zakończyłem I rok studiów! 
Vojtek              22.07 08:23 No właśnie (do Jaronia)......, a czy Z Żeroma też ma poślizg?
Jaronia            22.07 08:19 Ło matko bosko częstochosko... mam 3 tygodnie poślizgu w śledzeniu relacji, bo nie zauważyłem, że pojawił się link do cz. 2 :]
Genialna jest ta Australia!  
Vojtek              22.07 08:15 Jakie śliczne są rysunki na australijskich plażach...
Tato Krzyś         21.07 11:09 Oglądamy z ciotką Krysią twoje przygody, mówi Ciotka, że Wam zazdrości
Siora                20.07 21:49 Pozdrowienia z Turcji! Zuzka dzisiaj pytała czy tu spotkamy ciocię Martę przecież ona też leciała samolotem? Była zawiedziona, że spotkanie nie dojdzie do skutku.
Całusy dla Was i trzymamy kciuki za dalszy ciąg podróży. P.S. Prosimy o więcej zdjęć
Giencyk            20.07 15:56 ..dziewczyny, jak wrócicie musicie napisać podręcznik surviwalu... jesteście lepsze od niejednego legionisty cudzoziemskiego...
pokażcie układ mieszkalny w Stefanie,
czekam na dalsze relacje z tej wyprawy, serdecznie pozdrawiam, mocno całuje, trzymam kciuki...
Tata Krzyś        19.07 23:13 Nareszcie się coś dzieje. Może potrzebne Wam zimowe stroje kąpielowe.
Całuję moje córeczki.
Barbara Daszyk
                       
19.07 22:33
Krzysio nareszcie podał namiar! Myślę, że Wasza podróż będzie bardziej zajebista niż pobyt na działce, której już niema.
Rysio i ja obcodziliśmy 50 lat stadła małżeńskiego, było super! całusy od ciotki i wuja.
Sonik73            19.07 16:08 Wiedziałyście kiedy się stąd posprzątać:) Panujące upały wykańczają nas wszystkich:( Do Polski nadciągnął front afrykańskich upałów, uff.. jedynie dzisiaj jest czym oddychać.
Wasza relacja jest rewelacyjna:)Zdjęcia świetne:) Czekam na jeszcze:)
Marbroz           19.07 16:03 Marta fajne fotki tylko mało
Aga Dove          19.07 12:37 Marta! Wszystko super;-) tylko po co ten pająk??? Rozumiem, że mam już tu więcej nie zaglądać;P
Pozdro! :-D
Mama Iwy         18.07 21:18 A ja poproszę małego kangurka!! da się coś załatwić?????
Rodzice Iwy życzą pięknej przygody i pozdrawiają Wędrowniczki i kangury.  
Vojtek              18.07 20:42 Opis Waszych pierwszych 4 dni w Brisbane (12-15 lipca) - to jest po prostu R E W E L A C J A, podobnie zresztą jak większość relacji!
Jeżeli po powrocie do Polski założycie np. kabaret - jakością dowcipu pobijecie konkurencję!
Niemniej prosimy o ocenzurowane zdjęcia domku, Beaty i Tomka oraz oczywiście mieszkańców tego niezwykłego miejsca....
Iwa                   18.07 19:01 już się niecierpliwiłam, super, że znowu mamy z Wami "kontakt" :)
Vojtek              18.07 18:17 no to zaczynamy część II wyprawy ;-)))
Alesia               16.07 20:12 Cześć, dziewczyny!!!
Basieńka, cudownie wyglądasz!!! =)  
Sadrul              16.07 12:57 Uczniowie czytaja. ; P I podziwiają ; P Powodzenia ; ***  
Wiola Bąk Zabijok
                        15.07 17:32
jak powiedziałam pewnej grupce osób (nie będę wymieniać tych osób z imienia i nazwiska :), że będziecie coś pisać na tej stronce to zaczęły się śmiać! ale ja zawsze wierzyłam :)))) Nie zgubcie się tam dziewczyny !!!!
Beata Kozłowska


                        11.07 21:21
Gorące pozdrowienia dla Was dziewczyny. Cieszę się, że dotarłyście całe i zdrowe a sadząc po minach także szczęśliwe.
Basiu - dziś rano wróciłyśmy z Rewala - równie szczęśliwe, pięknie opalone, bo pogoda była iście wakacyjna. Jutro wieczorem wyjeżdżamy do Paryża. Mam nadzieję, że będziemy się bawiły tak dobrze jak Wy. Twoja siostra zdrowa i często Cię wspomina.
Bawcie się cudnie. Ściskamy was mocno. Odezwę się po powrocie. Beata i Paulinka
Aśka F.             08.07 15:28 Basiu dziś byłyśmy z Kempą na kawce i właśnie powiedziała mi to Twojej szalonej podróży... trzymam kciuki !!!
BUZIOLE
SLAWETNA       06.07 20:51 Basieńko, obiektyw mam w domku. Widzę, że przygody Was nie opuszczają....i super tak ma być !!! Czytam na bieżąco wasze newsy :) Pozdrawiam Cię mocniście Mój Kokonku :) BUZIAKI
Kasia Oliwa      05.07 21:35 Jesteście boskie:) Czekam z niecierpliwością na dalszy przebieg zdarzeń..!!:) Pozdrawiam!
   
   
   
Prosimy o komentarze
Twój Nick/imię, nazwisko:


Komentarz:


   
AustraliaWycieczkiLastMinute.pl /span>                                                                                                                                                                Created by WebSiteDesign