Wyprawa życia Basi Kozłowskiej i Marty Herman do Australii on-line   
  część 1. 20.06 - 02.07   |   część 2. 03.07 - 29.07  |   część 3. 30.07 - 24.08   |   część 4. 25.08 - 27.08
   
Piątek-sobota
30-31.07.2010  
   Życie jest piękne, szczególnie na Seven Mile Beach...  choć czasami apaszka zasłania nam widok...  
   
  Kiama, Seven Mile Beach i Tilba Tilba, Cooma 

Po swoim zimowym popisie Australia postanowiła nas trochę porozpieszczać, bo po górkach nastał znowu czas wybrzeża, gdzie temperatury i ogólnie aura zrobiła się jakby wiosenna. W czasie naszej dwudniowej nadmorskiej wyprawy najbardziej przypadła nam do gustu Kiama, która nie dość, że automatycznie znalazła się na naszej prywatnej liście top ten najpiękniejszych miasteczek australijskich to zafundowała nam spotkanie z bardzo interesującym panem, fanem jazzu, który był w Polsce i zna się z Tomaszem Stańko.  Pana i jego kumpla poznałyśmy w drodze do „Blowhole”, która jest takim nadmorskim gejzerem, który przy odrobinie szczęścia wyrzuca wodę na wysokość 60 metrów. Oczywiście szczęścia nam zabrakło. Doczekałyśmy się na około piętnastometrowy wystrzał wody i poszłyśmy coś skonsumować w jednej z uroczych kawiarenek, wybrałyśmy tą w kolorze cukierkowego różu.
    Drzewo
  Tak jadłyśmy na mieście, bo nasz program oszczędzania jest całkiem skuteczny, poza tym nie wiemy jak to się dzieje ale mamy coraz mniej sztućców (szczególnie łyżeczek) więc je również oszczędzamy.

Niedaleko Kiamy znajduje się Seven Mile Beach, nie sprawdziłyśmy czy rzeczywiście ma 7 mil bo postanowiłyśmy sobie tam zrobić kawkę na parkingu i ją skonsumować na plaży. Wydarzenie było o tyle szczególne, że na tej super długiej plaży byłyśmy całkiem same. No dobra, po jakimś czasie jakaś samotnie spacerująca pani zakłóciła nasz spokój ale przynajmniej zrobiła nam wspólne zdjęcie, a tych nie mamy za wiele. Potem, już ciemną porą dnia chciałyśmy się udać do Ulladullah, ale coś nam nie wyszło szukanie noclegu i przejechałyśmy troszkę dalej (jakieś 80 km), prawie do następnego celu czyli do Tilby Tilby.
   Jedno z niewielu wspólnych zdjęć
  Tam przespałyśmy się i raniutko udałyśmy się do Naroomy (ostatniej miejscowości na wybrzeżu, przed skrętem w Góry Śnieżne) na poranną toaletę przy plaży. A tu niespodzianka, za jedyne 2 dolce 20 można się było wykąpać w ciepłej wodzie pod informacyjnymi prysznicami. Cudo.

Potem jeszcze szybki rzut oka na Mystery Beach-plaża rozbitków, która, jak to w Australii, okazała się być bardzo urokliwa i wyruszamy do Tilby Tilby. A tam to już zupełne zaskoczenie, kolejne pełne uroku miasteczko. Chociaż chyba raczej mini wioseczka, bo było w niej może 5 domów, 2 konie na pastwisku i 3 ludzi. Tą małą wioską byłyśmy urzeczone, chociaż klimat był raczej jak z Kanady (jeden z domów i to całkiem słusznie nazywał się Zielone Wzgórze). Brakowało tylko Ani.
   Widok z drogi  
  Po pysznej kawusi i zmroku wyjechałyśmy w stronę Coomy, Gór Śnieżnych, Beaty i Tomka (którzy tam teraz pracują) i pierwszej, a z znając nas zarazem ostatniej góry z korony świata, którą zdobędziemy. Ale to dopiero na następny dzień, bo musimy sobie z Beatą i Tomkiem pogadać bo nie wiedzieć czemu w Brisbane nie było czasu.

Podróż obfitowała w niespodzianki, po pierwsze prawie brakło nam paliwa, (stacje w przydrożnych wiochach były zamknięte, więc musiałyśmy się wrócić jakieś 30 km bo do celu z pewnością by nam nie wystarczyło). Dobrze, że było z górki to można było na luzie pojeździć. Po drugie napotkał nas patrol policyjny, który kazał mi (Marcie) dmuchać w alkomat
.  
    Blowhole - Kiama 
   
Niedziela 
01.08.2010   
Góry Śnieżne Cooma, Ing….

Rano, na prawdę rano, wyjazd do Jindabine potem planujemy dojazd do Therbo autobusem, bo samochody muszą być wyposażone w łańcuchy, a my przecież jesteśmy na letnich wakacjach więc takich sprzętów nie mamy. Poza tym i tak nie wiedziałybyśmy jak je założyć (z tego Krzysztof Z. korków nie udzielał).

Niestety australijskie góry nie są dla nas łaskawe. Leje jak z cebra a wieści w informacji turystycznej są dramatyczne. Nie pójdziemy zdobywać korony świata.

Na Górze Kościuszki jest zamieć, pada śnieg (nie wiemy jak, ale w ciągu najbliższych dni ma napadać do 12 metrów). Desperacje miałyśmy wypisaną na twarzy więc pani szybko nam wytłumaczyła, że przy takich warunkach do zdobycia góry potrzebne nam są lokalizatory albo GPS, rakiety i najlepiej profesjonalny przewodnik, ale ze względu na trudne warunki i tak z nikim niegdzie nie pójdzie.

Może wrócimy tu po zwiedzaniu Melbourne, albo w nagrodę, za straty moralne wybierzemy się do Coober Peedy, oglądać podziemne domy i krajobraz księżycowy, chociaż wtedy to pewnie burza piaskowa będzie.
    Podobno my pod pomnikiem Strzeleckiego 
    
Poniedziałek-wtorek 
02-03.08.2010   
Eden

Z zimnej i deszczowej Coomy, zmoknięte i zmarznięte postanowiłyśmy się udać do Edenu, na spotkanie z cioteczką Dżili. Pomysł o tyle dobry, że Beata i Tomek mają mieć jutro dzień wolnego i przyjadą do nas, żeby wykorzystać jak najwięcej wspólnego czasu, tak więc razem wyjdziemy na spotkanie krokodylom i skałom.

Oczywiście na początku Eden nie był aż taki rajski jak wskazywałaby jego nazwa, bo na powitanie czekał na nas deszcz. Tak więc pierwsza wycieczka po Edenie miała charakter objazdowy, oglądanie przez szybę. Potem udałyśmy się na kamping i tu niespodzianka- ciepła łazienka z podgrzewaną podłogą i w takich właśnie luksusowych warunkach, korzystając z wszystkich udogodnień, czekałyśmy na Beatę i Tomka, którzy przyjechali późnym wieczorkiem. Cały następny dzień spędziliśmy razem. Nawet wybraliśmy się do muzeum wielorybnictwa, które okazało się być składowiskiem wszystkich starych przedmiotów i obiektów, które ktoś znalazł w Edenie, tudzież może we własnej szopce z narzędziami, a  potem jeszcze trochę wspólnego czasu. Miałyśmy co prawda koło 1 po południu wyjechać do Melbourne ale świadomie poddałyśmy się wszystkim chwytom marketingowym Beaty i Tomka, żeby zostać na wieczorny obiadek (po śniadaniu, które wyczarował Tomasz nie było to wcale takie trudne) i tak oto przesiedzieliśmy do północy, potem krótkie spanko i w drogę. Ale to jednak nie było tak prędko.

Z samego rano były urodziny Flo, Francuski, która spała na parkingu w vanie obok, śniadanko i instruktarz jak podróżować (to był dopiero trzecie dzień podróży Francuzów), a potem w drogę. Ujechałyśmy jakieś 100 metrów i odebrałyśmy telefon, że Beata i Tomek pracują dzisiaj w Edenie i że ich pierwsi klienci nie przyszli więc zapraszają na chajlatte. Cudownie, szczególnie, że póki co pożegnaliśmy się zaledwie jakieś sześć razy, więc siódmy raz był wysoce wskazany. Oczywiście, że pojechałyśmy, szczególnie, że to raczej ostatni raz kiedy możemy się zobaczyć z Tomkiem w Australii, bo na spotkanie z Beatą jest jeszcze spora szansa w Brisbane. A teraz sobie jedziemy, wieczorem jesteśmy umówione w Melbourne, z kim to jeszcze nie wiemy ,ale na pewno u tych ludzi śpimy
 
   To wszystko przez tę parkę!!!!!!!  Oto są sprawcy/inspiracja naszej wyprawy do Australii..... 
   
Środa 
04.08.2010   
Jak zajedziemy to opowiemy...
 
   
Czwartek 
05.08.2010    
Pst...  jeszcze chwilkę zaczekajcie.... Marta troszkę później prześle relacje z Melbourne, bo właśnie ogląda z naszymi nowymi australijskimi przyjaciółmi serial o kowbojach... 
W Melbourne zimno, ale gospodarze są bardzo mili, dzięki www.couchsurfing.org mamy możliwość poznania tych fantastycznych ludzi.
   
Czwartek 
05.08.2010  
(troszkę później)
Melbourne

Wczoraj wieczorem przyjechałyśmy (prawie bez błądzenia) do Melbourne do Elisy i Josha. Dostałyśmy mały pokój (wielkości Marcinej garderoby) z ogromnym oknem na cała ścianę, który ze względu na panującą w nim temperaturę szybko nazwałyśmy lodówką (niestety noc pozytywnie zweryfikowała naszą nazwę).

Wspólnie poczekaliśmy na jeszcze jedna parę podróżników ze Szwajcarii i po krótkiej rozmowie wszyscy rozeszliśmy się do łóżek.

Rano, niezbyt wcześnie ale rano, wyjazd do centrum Melbourne. Bardzo ładne miasto, gdzie nowoczesne konstrukcje łączą się ze starą architekturą w takim trochę nieładzie, ale wydaje się być bardzo swojsko.
    Na rogu Krakowskiej i Korfantego w Melbourne 
  Przełaziłyśmy prawie całe centrum, gdzie z największych ciekawostek znalazłyśmy stare więzienie przerobione na boisko do nogi (gratulujemy pomysłu), wybrałyśmy się na przejażdżkę starym tramwajem, obejrzałyśmy tutejsze perełki (bo nie perły) architektury i już było ciemno.

Po powrocie zjadłyśmy wspólny posiłek z gospodarzami w jedynym ogrzewanym pokoju i omówiliśmy plan na jutro. A cóż to za wspaniały plan - idziemy na mecz futbolu australijskiego.

Celem dobrego przygotowania się do tego wieczornego wyjścia, przyodziane we wszystkie posiadane ubrania idziemy spać. Mamy nadzieję, że przyśni nam się jakiś plan, bo z naszego najnowszego pomysłu, krótkiego wyjazdu na Tasmanię zrezygnowałyśmy, bo tam to już by było spanie w zamrażarce.
 
   Perełka architektury 
   
 Panorama  
   
   Panorama (jak zwykle ślepy robi zdjęcie) 
   
    Kościół Świętego Jacka w Melbourne                                                  Wspomniana murawa
   
Piątek-sobota 
06-07.08.2010
Dzisiaj był bardzo udany dzień, Melbourne przywitało nas lekkim chłodem, ale słoneczko towarzyszyło nam cały czas. Zwiedzanie zaczęłyśmy od Melbourne Museum, które zostało zdominowane przez naszą ulubioną, młodzież szkolną poubieraną w różnokolorowe mundurki. Stamtąd spacerowym krokiem udałyśmy się na Victoria’s Market, czyli wielgachny targ, żeby sobie pooglądać wszystkie najnowsze trendy obowiązujące w produkcji chińsko-tajwańsko-vietnamskiej. Część tej produkcji nawet zakupiłyśmy. Jak to po zakupach udałyśmy się na relaks i nasz, absolutnie ulubiony napój australijski chajlatte. Polecamy. Odpoczynek był wskazany bo potem wybrałyśmy się na wystawę Amazing Bodies, która przedstawia tajniki działania różnego rodzaju organizmów. Ze względu na zimową porę ominęłyśmy Ogrody Botaniczne, za to skoczyłyśmy, wraz z naszymi dobroczyńcami na nasz drugi ulubiony napój australijski czyli zimne piwo (a tego w wersji barowej i z kufla nie piłyśmy od czasów Cairns). Również polecamy. Dzień piękny, pełen wrażeń słuchowych, bo wraz z zimowymi promykami słońca na ulice wyszli również wszyscy okoliczni grajkowie (byli tacy co grali na wiadrach i baniaku z wodą) skończył się szumem i okrzykami stadionowymi bo zgodnie z planem wybrałyśmy się, wraz z zaledwie 55tysięcznym tłumem, na mecz „footie”. Taka gra do niczego nie podobna ale na właśnie jej punkcie wszyscy tutaj mają fioła. A gra wygląda tak, 36 wielkich facetów, biega po wielkim okrągłym boisku za małą jajowatą piłką i celują do bramek (takich trochę jak w rugby), mogą kopać, rzucać i kozłować - jak kto woli. W tym całym zamieszaniu przeszkadza im 9 (przynajmniej tylu my naliczyłyśmy) sędziów i czasem (w czasie trwania gry) jakaś pani, która wbiega na murawę i podaje zawodnikom bidony z napojami. Szaleństwo. Nawet się na bójkę zawodników załapałyśmy, na walki kibiców nie było szans – wszyscy siedzą razem a w całym tym zamieszaniu napotkałyśmy się na aż jeden partol policji.
 
   My i dobroczyńcy z psem 
 
    Przerwa na ciepłą herbatkę                                                               Przed wystawą "Amazing bodies"
 
    Japoński blues w australijskim mieście                                            Granie na byle czym, czyli muzyka eksperymentalna
 
   Wieczorkiem                                                                                   Taki się mały uchował
  Dział Sportowy prezentuje.... (tajemnicze lobby przeforsowało powstanie Działu Sportowego w naszej ekipie)
 
   Duży stadion - jeden z wielu w mieście                                             Footie 
 Zjazdy za 15 dolców, w środku Marta, po lewej Basia... nie, zaraz... Basia w środku, Marta po prawej... nie, za... ;-)))                           
   
Niedziela
08.08.2010
(godz. 13.11 Au)
Dzisiaj mamy wspaniały dzień!

Wschód słońca przy niesamowitych 12 Apostołach. Następnie pojechałyśmy wzdłuż wybrzeża, wspaniałe widoki, hitem był wieloryb. Prawdopodobnie była to samica, bo bardzo spodobała się Stefanowi ;-))

Właśnie jesteśmy na pysznej chai latte i ciachu.

Za chwilę startujemy do Adelajdy...
                                                                                                          Apostoły polizane słońcem 
  Great Ocean Road to taka około 200 km droga, której wyjątkowość polega na tym, że została stworzona specjalnie dla turystów, żeby mogli nacieszyć swoje oczy. Droga wije się wzdłuż linii brzegowej i oprócz tego, że rzeczywiście oferuje zapierające oddech widoki to jeszcze pozwala na bliskie spotkanie 12 Apostołami, taką fantastyczną formacją skał wyrastających z wody, które w zależności od wysokości słońca nabierają trochę innych barw. Taki sobie całodniowy spektakl. Pouczone przez wszystkich, że najlepsze widowisko odbywa się o wschodzie lub zachodzie słońca, z racji na późną porę naszego dojazdu pod 12 Apostołów postanowiłyśmy wybrać wariat wschodni. Pomysłu sobie gratulujemy, co ciekawe wykonania także bo zdążyłyśmy, ale to chyba tylko dzięki determinacji Basi, która nastawiła budzik na 5 rano. W zasadzie to dobrze, bo od 5 do 7 było jeszcze na tyle ciemno, że oprócz wschodu słońca na 12 Apostołach zdołałyśmy się zapoznać z wszystkimi gwiezdnymi konstelacjami świecącymi nad Australijskim niebem. Gwiazdy podziwiałyśmy zza Stefanowych szyb bo na zewnątrz było na tyle chłodno, że na podziwiane wschodu słońca ubrałyśmy nasze najcieplejsze ubrania. Ja (Marta) nawet wyciągnęłam swoją różową czapkę a Basia na spodnie z dresu naciągnęła jeszcze jeansy. I właśnie tak wyszykowane poszłyśmy oglądać nasz pierwszy i podejrzewam ostatni australijski wschód słońca. Było warto. Potem to już były ochy i achy i inne zachwyty nad trasą, której przejechanie było czasochłonne, bo co chwilę trzeba się było zatrzymać i nacieszyć oczy jakimś widokiem. Droga była spektakularna, jak na Australię wyjątkowo zielona. Wszystko dookoła było pokryte piękną soczyście zieloną trawą, która tak migotała w słońcu, jakby była przed chwilą podlana, wśród tego wszystkiego masa drzew, również zielonych ale już w pełnej palecie barw od najjaśniejszych do najciemniejszych. Pośród tego owce i krowy, takie mniej łaciate i bardziej kudłate niż te w Polsce ale mleko dają. Był też wielorybm, ale to już w wodzie i bardzo dobrze go widziałyśmy z punktu widokowego. Tak naprawdę to były nawet dwa wieloryby, mama wieloryba z maleństwem, które raz plunęły wodą i pomachały do nas swoimi ogonami. Ale najlepiej to i tak mieli dzielni surferzy, którzy walczyli z wielkim falami na swoich małych deskach, jakieś zaledwie 200 metrów od wielorybiej rodzinki. Ale im zazdrościłyśmy. Trudno, my surfujemy na drogach, a oni na falach.
   
   Jakby ktoś nie wiedział to jesteśmy MY: Marta & Basia! (prawa ręka Basi przesłania lewą rękę Marty)
 
   Apostoły                                                                                          Zaburzenia poziomu morza
 
   Na wschód                                                                                       Plaża
 
    Pobudka na wschód słońca (pierwszy zerwał się Stefan)                     Cień Stefana w trakcie jazdy
 
   Rzeka                                                                                             Ujście tej samej rzeki 
   
Poniedziałek 
09.08.2010
Droga do Adelajdy
Jedziemy do Adelajdy i tak będzie cały dzień. Z mała przerwą na coś w rodzaju australijskiego skansenu. Stare domy, sklepy, kino i takie tam, trochę kiczowaty dziki zachód ale porównując z innymi „muzeami” bomba, naprawdę się postarali, nawet pani w kasie była z czasów pierwszych osadników.
 
   Dla początkujących kierowców                                                          Droga do nieba
 
                              Niepostrzelony kangur
   
                             Postrzelony kangur
 
   Widowisko                                                                                      Z samochodu
   Woda, niebo i chmury                                                                      Szły mróweczki przez zielony las
 
    Centrum handlowe                                                                          Na zakupach...
 
     Skansen                                                                                         W domu pioniera
   
  A teraz zdjęcie specjalnie dla PAULINKI
 
Wtorek 
10.08.2010
Adelajda

Po nocy spędzonej na kampingu, pod Adelajdą (miałyśmy sporo prania) wyruszyłyśmy do miasta. Trochę się rano śpieszyłyśmy, bo posiadając prąd i w związku z tym lampę w hotelu nadgoniłyśmy braki w lekturach i trochę przysnęłyśmy. Wdawało nam się, że nie zdążyłyśmy się wymeldować na czas a tu jaka niespodzianka, płacąc za parking w mieście okazało się, że się wyprowadziłyśmy przed czasem, bo w drodze nastąpiła zmiana czasu z Sydnejowskiego na Adeljadzki i było całe pół godziny wcześniej, niż u nas na zegarkach.

Nawet nie wiedziałyśmy kiedy, a już byłyśmy w centrum miasta. Na początek stały punkt, trzeba się dopytać, gdzie jest długoterminowy parking (wcześniej nie pisałyśmy ale tutaj jest limitowany czas postoju na ulicach i parkingach) no i gdzie by się udać celem spożycia mięsa z kangura, bo nam się przypomniało, że tego jeszcze nie było.

   Budynek uniwersytecki
  Pani w informacji trochę nas zaskoczyła, gdyż steków z kangura kazała nam szukać w chińskiej dzielnicy, pewnie dlatego skończyło się na kurze w miodzie i sezamie i takich tam pierdołami. Poza atrakcjami kulinarnymi (była oczywiście chai latte z mlekiem sojowym), były także zakupy na targowisku z polskim stoiskiem (ogórki kiszone, delicje …) no i szybki wymarsz do sklepu po nowa kuchenkę, bo nasza się trochę zużyła. Dobrze, że już jesteśmy wytrawnymi podróżniczkami i wiedziałyśmy gdzie szukać najtańszej bo pieniądze nam się kurczą w zastraszającym tempie.

Był też długi spacer po naprawdę ładnym mieście, z wyjątkowo uroczym kampusem uniwersyteckim, ale gwoździem programu tegoż spaceru było muzeum, dla którego w ogóle postanowiłyśmy przyjechać do Adelajdy. Muzeum Australii Południowej, które cieszy się największym na świecie zbiorem sztuki i rzemiosła aborygeńskiego.
   Wspomniane muzeum 
  Było warto przejechać te 600 km, żeby to zobaczyć. Wieczorem wyjazd w stronę  Broken Hill, ostatniego miasta na australijskim outbacku, potem to już tylko farmy i pustynie, więc z bakiem i karnistrem zatankowanym do pełna wyruszamy wieczorem w drogę.

Trochę straciłyśmy rachubę czasu, nie wiemy czy jest 10 czy 11 i jaki jest dzień tygodnia. Dopóki w Pizza Domino (sieć w całej Australii) była wtorkowa promocja było nam łatwiej, bo zawsze było wiadomo kiedy wtorek.
   Sztuka aborygeńska 
   
   Jak zawsze krzywa panorama 
    
   Nie wracają w przeciwieństwie do nas
   
Środa-czwartek 
11-12.08.2010
Droga do Broken Hill

Po wietrznej nocy spędzonej na parkingu i naprawdę ekstremalnym poranku pokonujemy 300 km trasę do Broken Hill. Poranek był wyjątkowo trudny. W damskim kibelku grasował olbrzymi i obrzydliwy pająk, więc skorzystałyśmy z męskiego. To nawet nie byłoby takie dziwne gdyby nie to, że z racji naprawdę silnego wiatru w tym samym kibelku postanowiłyśmy odpalić naszą nowiuteńką kuchenkę, żeby w niej zagrzać wodę na poranną kawę (bo umyłyśmy się w zimnej). Dobrze, że nikt w tym czasie nie chciał z tego przybytku skorzystać bo z umywalką na ścianie, włączoną kuchenką na podłodze i nami dwoma (żadna nie chciała tam zostać sama) nerwowo rozglądającymi się za jakimiś obrzydliwymi stworami drzwi do samego kibelka i tak by się już nie otworzyły. Potem to już tylko przygotowanie bułek w samochodzie i w drogę.
    Byle do przodu  
   
   Kolej                                                                                                                              Krasnoludki
  Broken Hill

Po przyjeździe standardowo postanowiłyśmy udać się do informacji po wskazówki co, gdzie i kiedy. Dowiedziałyśmy się, że dwie podstawowe sprawy to wybrać się do Silverton i do Parku Narodowego Living Desert. Obydwa super. Pierwsze to miasteczko gdzie nakręcili Mad Maxa (Stefan się bardzo cieszył), czerwone niebrukowane drogi, stare, opuszczone domy i dromadery (właśnie tak, zdjęcia nie zrobiłyśmy ale były i za „drobną” opłatą nawet się można było na nich przejechać). Świetny klimat. Na zachód słońca wybrałyśmy się na Living Desert gdzie pierwszy raz z bliska mogłyśmy popodziwiać dzikie kangury. Do tego były przepiękne widoki i rzeźby stojące w parku. Mocno wiało, ale było pięknie. Zresztą wiatr towarzyszył nam całą drogę, był taki mocny, że mimo zachwycających widoków a trochę ich było (droga z Adelajdy do Broken Hill i potem do Brisbane to jedyne 2000 km), czasami wolałyśmy zrobić zdjęcia przez naszą przybrudzoną szybkę, niż się narażać na walkę z żywiołem i drzwiami od samochodu, które poddawały się podmuchom. Potem miał być główny punkt programu, browar w pubie z kowbojami. Niestety kowboja nie spotkałyśmy, byli górnicy bo to miasto górnicze (a tych mamy pod dostatkiem) i do tego na nieszczęście kamping był daleko od baru, więc ostatecznie browar został zakupiony w sklepie i skonsumowany na kampingu (smakował wybornie). Następnego dnia o poranku był spacer po centrum miasta i wyjazd do Brisbane, żeby wykorzystać szanse na spotkanie z Beatą i pojechać się razem pogrzać na plażach Sunshine Coast
 
   
   Kręta droga                                                                                                                 Living Desert 
 
   Broken Hill 
   
   
    Living Desert 
   
Piątek 
13.08.2010 
Droga do Brisbane

Przejechałyśmy 1500 km. Świeciło słońce, wiał wiatr. Zdrzemnęłyśmy się w drodze, wystraszyłam się (Marta) krowy w nocy a Basia pająka o poranku. Wieczorem przyjechałyśmy do „naszego” domu. Powitanie było super, ale zostajemy tylko na noc, rano jedziemy razem z Beatą na dwudniową wycieczkę do Noosa Heads. Musimy się trochę pogrzać w słonku i odpocząć od naszego urlopu.
 
   
   
   Silverton                                                                                         Stacja benzynowa na outbacku
   
    Stefan ma przerwę                                                                          To dopiero było spotkanie
    
   To Basia prowadziła Stefana!
Pan policjant jechał za nami i postanowił sprawdzić trzeźwość kierowcy i żeby nas zatrzymać użył sygnałów świetlnych i dźwiękowych (broni nie użył). Bardzo się ucieszył, że byłyśmy trzeźwe.
   
Sobota-niedziela-poniedziałek-wtorek 
14-17.08.2010 
Korzystając z okazji i świetnego towarzystwa wybrałyśmy się z Beatą do Noosy na Sunshine Coast (tą część wybrzeża, którą pominęłyśmy, spiesząc się na spotkanie z Beatą i Tomkiem). W zasadzie to wszystko poszło zgodnie z planem bo już o 16 (miało być o 13) byłyśmy gotowe do drogi. Zajechałyśmy i akurat była już pora ciemna i barowa. Doskonale. A potem była poranna pobudka (powtórka z Cairns, kiedy to uprzejmy pan poinformował nas, że nie możemy spać na parkingu i że czas wstawać, chyba że chcemy mandacik). No więc wstałyśmy. Nie było to takie złe, bo przynajmniej możemy się pochwalić, że byłyśmy na plaży już o 7 rano. Poza tym doskonale zasypia się przy szumie oceanu, lecz niestety w zimie na plaży trochę wieje i trzeba zapinać się w śpiworach. No, ale ponieważ nie ma takiej rzeczy, która by nas odstraszyła, po krótkiej drzemce udałyśmy się na spacerek w lasy tropikalne, które niezmiennie od Cairns są niesamowite. Po długim spacerze obiadek i do domu, w końcu następnego dnia Beata miała egzamin. Dobrze, że wróciłyśmy, bo w domu czekała na nas niespodzianka.

List i bynajmniej nie od rodziny czy przyjaciół. Otóż australijska policja, a uściślając policja Stanu Viktoria przysłała do nas korespondencję. Szkoda tylko, że nie dostałyśmy żadnej nagrody a mandacik. Właściwie to okrutnie i wstrętne mandacisko na jedyne 150 dolarów za przekroczenie prędkości o jedyne 5 km (zamiast 100 licznik pokazywał 105). To oznacza dla nas powrót  do czasów oszczędności, a to natomiast jest jedynym argumentem za tym, żeby się cieszyć z powrotu do domu. Chociaż tam to w sumie jedziemy spłacać australijskie długi. Trudno, to też może być wesołe. Zawsze możemy sobie znaleźć po trzeciej pracy. Oprócz korespondencji czekało na nas gorące, latynoskie powitanie (zapomniałyśmy napisać, że w domu jest nowy współlokator) Claudia, Rodrigo i Raul (nie ten od piłki nożnej, za to z Chile) i jak zawsze w ich towarzystwie było bardzo miło.

Skoro opisujemy nasze przygody z Beatą to trzeba również opowiedzieć o wycieczce na wodospady w Springbrook National Park, której Beata była tylko częścią, ale to znowu trochę czasu spędzonego razem. Ustaliłyśmy, że zawieziemy ją na lotnisko (bo to po drodze) a potem to już same udamy się w dalszą podróż. Wszystko układało się wspaniale, rano (po długim wieczorze) wstałyśmy, zjadłyśmy pyszne śniadanie, ufarbowałyśmy Beacie włosy (niczego innego z 10 punktowego planu nie udało się zrealizować). I nagle zaczęłyśmy się bardzo spieszyć, bo trzeba pojechać wydrukować bilet i skserować jakieś tam dokumenty. Oczywiście klasycznie w tym momencie pojawiły się problemy techniczne i coś co zajmuje zwykle pięć minut ukradło jakieś 30 z naszego i tak cennego czasu, (od dwóch dni nie wolno przekraczać prędkości!) a potem w drogę na lotnisko. Szkoda tylko, że kończyła się benzyna. Dobrze natomiast, że miałyśmy jej zapas jeszcze z naszej wycieczki po outbacku, bo jakoś sobie (a łatwo nie było) w trzy dałyśmy radę (Marta i Basia wlewały, Beata robiła zdjęcia). Czekałyśmy co prawda do stacji benzynowej ale jakoś nie mogłyśmy się doczekać (stała sobie oczywiście 2 km dalej). Na wylot o 17.20 szczęśliwie, śmierdząc benzyną dowiozłyśmy Beatę o 17.05. Zdążyła. Potem to już udałyśmy się w stronę parku. Śmiałyśmy się, że zatoczyłyśmy pętlę w czasie bo spałyśmy w drodze na tym samym parkingu, co kiedyś. Rano to już tylko kilka kilometrów i na spacerek po lesie tropikalnym i pooglądać wodospady. Nasze zezowate szczęście znowu zadziałało bo część trasy była zamknięta, co ciekawe nie padało, tym razem było zagrożenie pożarowe. Zrekompensowałyśmy to sobie, urządzając małe pożegnanie z plażą. Zjechałyśmy na Gold Coast ostatni raz pomoczyć nogi w oceanie i pooglądać dzielnych surferów, a ci są naprawdę odważni (jakieś 3 dni temu jednego pożarł rekin).

Wróciłyśmy do Brisbane i siedzimy w domu bo po pierwsze musimy sprzedać samochód, po drugie policja doprowadziła nas do ruiny finansowej, a musimy jeszcze kupić mięso z kangura (Rodrigo je przygotuje) i kupić prezent dla Josefa (zaprosił nas na urodziny).

To jest nasz „Australijski Dramat”
 
   Stefan i jego Dziewczyny                                                                  W lesie
 
   Springbrook National Ppark 
 
   Australijskie drzewo                                                              Koala żyjący na wolności
 
   Na jagody...?                                                                         Planujemy nowe fryzury 
   
  A teraz kolejny hit:
Barbara idzie posurfować!
   
   
 
   Stefan For Sale ;-(
   
    Nasz mandacik
    Papużki dla Bartka 
   
Sobota 
21.08.2010  
A dzisiaj mamy wielką imprezę urodzinową... miedzykontynentalną...

Impreza międzykontynentalna składała się z dwóch części: wschodnioeuropejskiej (urodziny Jozefa) a potem urodziny kolegi Rodriga (nie wiem jak ma na imię). Jozef swoje urodziny robił w iście słowackim stylu: piwo, ognisko w ogródku i gulasz.  Niestety rano Jozek z kumplami trochę zaspali i zagonili nas potem do roboty, kroić, obierać więc pomogłyśmy (w końcu pieniądze nam się skończyły i wolałyśmy, żeby nas nakarmili). Było super jedzenie (najfajniejsze było, że starczyło na dwa dni i nie trzeba było gotować na następny dzień). W ogródku też było pięknie bo nas (Martę i Jozefa) dzień wcześniej Tomek zagonił na wycieczkę do sklepu z demobilu i kazał nam kupić kosiarkę do trawy. Udało się teraz mamy pięknie skoszony ogródek. W czasie imprezy stęsknione za Rodrigiem zadzwoniłyśmy do niego gdzie się podziewa no i musiałyśmy jechać do centrum na drugie urodziny. Zaczęły się w pubie a skończyły na dyskotece latino. Miód dla oczu i uszu, muzyka na żywo i tańce: salsa, mambo co kto lubi. Dobrze, że dzień wcześniej poszłam (Marta) z Klaudią na trening na uliczną salsę (zgodnie z teorią Latynosów jest szansa na karierę w kierunku tancerza). Po tym bardzo udanym wieczorze był bardzo długi odpoczynek. Wszyscy mieli problem wstać, zjeść, umyć się i takie tam, (współczujemy tym, którzy musieli iść do pracy), sobie same też współczujemy bo musimy się powoli pakować.
   
Poniedziałek
23.08.2010  
Stefan ma trzy nowe dziewczyny!!! Niemki!!! Historia koło zatacza, Stefana kupiłyśmy od 3 Niemców...

Dzień Kangura. Dzień Stefana. Dzień Polskich Napojów.

Po zakończonej sukcesem sprzedaży auta, wyposażone w gotówkę i przepis z internetu kupiłyśmy mięso z kangura. Wyszedł nam pyszny obiad, zwieńczony nauką spożywania tradycyjnych polskich trunków (istnieje realna obawa, że wydamy całe pieniądze, które mamy ze sprzedaży Stefana).
 

Jutro się pakujemy i jesteśmy bardzo nieszczęśliwe
bo po pierwsze wcale tego nie lubimy robić
a po drugie nie chce nam się wracać.
   
Wtorek
24.08.2010  
Z ostatniej chwili:
Basia ma zdjęcia w swoim aparacie ale kiedy one będą to nie wiemy bo się pakuje.
   
  ostatnie zdjęcia naszych dzielnych bohaterek >>>
   
  Komentarze
Vojtek           24.08 23:54 Ostatnia, zresztą b. krótka relacja tj. z 24.08 - G E N I A L N A !!! Już za parę minut 25 sierpnia, Dziewczyny wylatują, a tu trzeba złożyć ..... deklarację VAT
Anna M.        24.08 18:53 mam nadzieję, że namiary na te Niemki macie a Stefana czule pożegnałyście. Jak On przeżył rozstanie z Wami???? Biedak.
Wracajcie bezpiecznie, buziaki.
Vojtek           24.08 18:42 Z Żeroma.... dzięki, trzymam kciuki nadal..... A co zrobicie jak każde Malutkie Z Żeroma będzie władać innym językiem?
Za szczęśliwą podróż Dzielnych i Nieustraszonych Podróżniczek też trzymam kciuki!
Ps. A jednak... niektórzy Polacy w Anglii są... tak samo flegmatyczni jak rodowici Brytyjczycy...  ale przecież trzeba równać do lepszych!
Biały - zaopiekuj się dobrze naszymi Bohaterkami na Heathrow...  tylko, żeby Dziewczyny zdążyły na samolot do W-wy ... ;-)))
Z Żeroma      24.08 13:44 Nadszedł czas finałów!!! Kobietki... byłyście bombowe począwszy od pomysłu poprzez organizację, aż do realizacji!!! Ja, żyjąc życiem równoległym również kończę bieg... Do zobaczenia!!! /przeżyć i wrażeń będzie sporo - coś czuję ;) Vojtek - jesteś mistrzem świata - dzięki za telefon :)
Vojtek           24.08 08:23 A zrobiłyście zdjęcie prezencików jakie macie dla nas wszystkich...?  ;-))
Gnieciu - jak możesz.... tak niepokoić Basię ;-))
Margolcia      23.08 20:52 Aleście Pani lasencja z tą deską. A gdzie ci surferzy/ minus ten od rekina...
Gnieciu         23.08 20:39 Hej dziewczyny no ładnie was wywiało pozazdrościć wycieczki:)) a swoją drogą Basiu to wiesz co tu Wojtas wyprawia jak Ciebie nie ma:>
Iwa               23.08 20:07 Ale szybko Wam poszło ze Stefanem, odpalantowałyście chłopaka, że hej, no nie wiem nie wiem, co on o Was teraz myśli :) chociaż w sumie dla niego to też dobry interes z dwóch babek przerzucił się na trzy - takiemu to się powodzi. Buziole Dziewczynki
Administracja
                    23.08 08:37
Publikujemy australijski mandacik, teraz wszystko jest jasne: nie 150 $ a jedynie 149 $ mają uiścić nasze Dzielne Piratki Australijskich Dróg za przekroczenie 9 km/h, a nie jak próbowały nam wmówić 5 km!
Ewa Sz.-S.     23.08 07:33 Jesteście niesamowite!!! A planami na 2011 to już zupełnie mnie zadziwiacie. Pozdrawiam i zapraszam na spotkanie w Pod Nad.
Biały             22.08 22:12 Super ze Wam sie podróż układa (pomijając mandat:) ale czas powrotu nieubłaganie sie zbliża wiec dajcie znać kiedy wracacie, jakim lotem i jaka przerwę macie to może znajdzie sie czas na jakaś przywitalną wódeczkę.
Administracja
      
   data i godz. niewyraźna
Administracja serwisu informuje, że z przyjemnością zdecydowała się na opublikowanie ogłoszenia o tytule FOR SALE, które przypadkowo znalazło się w jej posiadaniu (dobrze, że Stefan tego nie widzi)
W przygotowaniu kolejne (kompromitujące) materiały: mandat za 150 $ i rachunek ze Starbucka na kwotę 23 $...
Administracja
                   
                    21.08 23:59
Administracja serwisu prosi Annę M. o przesłanie swojego nr telefonu - cel ściśle tajny! Numer nie zostanie opublikowany w komentarzach, zapewniamy pełną dyskrecję!
Administracja prosi również Uczestniczki Wyprawy o przywiezienie do Polski 1 miłego misia, może być Koala.
Vojtek           21.08 23:55 Kurcze, Z Żeroma - trzymamy wszyscy kciuki!
Viva Italia 2
Viva Polonia 2
Viva Z Żeroma 4
Anno M. - nie przypuszczałem, że będziesz tak dobrą Vice!
Milisia           21.08 20:20 Basiu!!! jesteś niesamowita. Gdzie te zdjęcia z surfowania. Nowa fryzura- rewelka to by był dopiero HIT KOZŁOWSKIEJ W GM1 ??? Ale koniecznie czerwono-czarne włosy i oczywiście żółty szalik :), już odliczam czas do Twojego powrotu. Kiedy wracasz ha...ha...ha. Pozdrawiam Was dziewczyny.
Anna M.        21.08 14:41 Park bajeczny - mam nadzieję, że zdjęć macie więcej. Mandat za przekroczenie prędkości o 5 km ???? Oni są jacyś DZIWNI. Po powrocie będziecie mistrzyniami oszczędności... Bawcie się dobrze na tej międzykontynentalnej imprezie. Buziaki.
Ps. Vojtku przyjmuję warunki określone przez Prezesa.
Vojtek          21.08 08:20 Basiu - jesteś Boska!
Fotka Stefan i jego Dziewczyny - świetna!

Anno M. - jako vice-prezes Oficjanego Fun Klubu Stefana zapłacisz 50 % składki... Decyzja należy do Ciebie ;-)))
Priorytetem dla nas będzie sprowadzenie Stefana do Polski; do tego momentu pozostanie nam monitorowanie jego przyszłych właścicieli,  będziemy z nimi w stałym kontakcie: kartki świąteczne, aktualne zdjęcia, wizyty kontrolne itp.
Anna M.       20.08 23:27 Vojtku! daj znać jak ustalisz składkę członkowską - wpłacam za rok z góry. Dziewczyny czekam na kolejne wieści. Póki co ściskam.  
Vojtek          20.08 08:16 Dziewczyny!!!! Dzisiaj na Węgrzech jest wielkie święto - Dzień Świętego Stefana.... może jakiś kwiatek albo coś mocniejszego dla naszego/Waszego Stefcia....
Jak wrócicie zakładamy Oficjalny Fun Klub Stefana!!!!
Alesia           19.08 23:21 WSPANIAŁA PRZYGODA!!! PATRZĘ NA TE ZDJECIA I UŚWIADAMIAM SOBIE, ŻE ŻYCIE JEST CUDEM, BEZ WZGLEDU NA TO, CO NAS SPOTYKA!!! GORACE POZDROWIENIA Z BIAŁORUSI =)
Bożena         19.08 17:17 Jadę sobie w pociągu i pierwszy raz na spokojnie mogę się przyjrzeć waszej wyprawie. SUUUUUPER pozdrówcie kangury i inne zwierzątka i uściskajcie się nawzajem. Zdjęcia są piękne, a widoki jeszcze piękniejsze. Pozdrowionka.
Vojtek          19.08 07:52 Australia jest piękna, pan policjant również, ale niestety dziewczyny - nie będziecie na koncercie największego na świecie polskiego funk-jazzmana - Michała Urbaniaka, koncert w Bytomiu za 10 zł (szok!!!) >>>
See you after party concert.... ;-))))
Tata Krzyś    18.08 19:02 Wóz całkiem fajny, że też nie namówiłyście tego faceta do którego on wcale nie pasuje na zamianę
Margolcia     18.08 18:45 ZAZDROSZCZĘ WAM!!! TEJ ODWAGI. My już wróciliśmy, ale już nigdy więcej w sierpniu. Niech szlag trafi wilgoć przy 35st. Zazdroszczę Wam zdjęć. Nasz aparatos się skiepścił, ale za to robił niezłe pod wodą... w kondoniku z Lidla. Polecam na przyszłe wyprawy. Barabaro- odezwij sie, jak wrócisz. Całuski
Anna M.       18.08 14:48 no no no... a gdzie pełna inf. o spotkaniu z tajemniczym posterunkowym ???? Coś przed nami ukrywacie. Przestrzenie obłędne - drogi i stacje BP też. Uważajcie na pająki. Buziaki.
Iwa              17.08 16:30 ak dobrze, że znowu coś nam napisałyście, ja czekałam z niecierpliwością na słowa choć zdjęcia też cudne i znów buziole w wasze podróżnicze pychole...:)
Tata Józek   16.08 13.33 widziałyście kawał ciekawego świata tęsknimy za wami, mówiąc żolnierskim jezykiem należy zrobić wtył na lewo
powodzenia  
Sabi             15.08 22.55 suuuper fotka :) czego urwałyście mordkę matce aż taka brzydka była???? :)) pozdrawiam..... hmmmmm a może to fotka plakatu :))
Tata Krzyś    15.08 21.51 Zdjęcie kangurzycy cudowne a pamiętam jeszcze mimo mojego wieku jak Ciebie nosiłem w worku.
Kocham Cię.
Paulinka Kozłowska      





                   15.08 20.55
Basiu-jesteś kochana. Bardzo Ci dziękuję za to super zdjęcie. Fajnie się mają te kangurki, są cały czas ze swoja mamą. Byłam dzisiaj na rowerze, jeżdżę już jak zawodowiec. Wyrwałam sobie dzisiaj mlecznego ząbka-prawą 3. Mam już kupione książki do 4 klasy. Szkoda, że wakacje się już kończą, ale cieszę się bo Ty już niedługo wracasz. Mam dla Ciebie piękne prezenty z Rewala i Paryża. Mocno Cię całuję. PAULINKA
Basiu - teraz ja słów kilka. Zdjęcia są super. Na bieżąco śledzę Wasze komentarze i dodawane zdjęcia. Ale najważniejsze, że WY na nich zadowolone, uśmiechnięte, szczęśliwe. Przygoda Waszego życia dobiega powolutku końca - ale chyba było warto... Osobiście powaliło mnie zdjęcie z APOSTOŁAMI. Piękne. To coś dla mnie, fanki morskich klimatów. Pozdrawiam Ciepło Ciebie i Martę. Buziaki.
Vojtek          15.08 20.00 Do Stefana - mam nadzieję Stary, że wziąłeś telefon do tej ślicznotki w tatuażach... (Do SLAWETNEJ - czy na pewno to jest dziewczyna?)
Apostoły cudowne, Wy też! No i kangurek....
SLAWETNA   15.08 17.58 Łał zdjęcia ekstra !!!! To fakt Milisia - dziewczyny wyglądają superowo :)) i zgodzę się z Roską, której zresztą wysyłam wielkiego buziaka, że "gałazy" bym z nimi zamieniła żeby podziwiać te widoki :))) Na jednym zdjęciu nawet zauważyłam, że Stefan ma dziewczynę.... taką wyzwoloną... całą w tatuażach ha...ha.. Pozdrawiamy Was cieplutko i dalej czekam na ten uśmiech dla Mnie :)
Anna M.       14.08 09.12 Uwaga załogo tu Ziemia .... tj. konferencja 26.08 godz. 10.00. - ale ja, na Waszym miejscu miałabym najbliższy lot po 01.09. bo wcześniej pewnie nie ma już połączeń... wiem, wiem nie jestem na Waszym miejscu - ale pomarzyć można. U nas lato i słońce świeci - cud. Dziś pozdrowienia wyjątkowo gorące. ps. Bez zdjęcia w objęciach surfera nie wracaj!!! :)))
Rosa            13.08 09.36 dzień doberek globtroterowiczki:) zdjęcia chciałam skomentować:) Wyglądacie na mocno wyluzowane i tak trzymać, a kupiłyście mi coś w tym centrum handlowym? widać ze Stefo jakiego kumpla sobie kolorowego poszukał? będzie co z tej znajomości? a kangura jakiego wreszcie jadłyście już? cóż te mrówy to na bank od faraona tam przyszły więc bądźcie grzeczne co by zemsty na Was nie zesłał:)! no to powodzonka, szerokości:)
Iwa              12.08 16.31 Dziewczątka mówią w TV, że w Australii potworne anomalia pogodowe, uważajcie na siebie, pozdrowionka gorące !!!
Milisia          11.08 23.30 Cudowne zdjęcia robi wrażenie. Dziewczyny wspaniale wyglądacie.
Anna M.       11.08 17.33 hmmm... wschody i zachody słońca robią wrażenie... Nie dziwię się Stefciowi że pierwszy się na nie zrywa. Nie będę ukrywała nie zazdroszczę Wam pogody, ale PRZYGODY - coraz bardziej. Mimo chłodu - trzymajcie się Cieplutko.
Lonio           11.08 16.43 Nie pisałem, ale sercem i najlepszymi życzeniami dla Was moje Pannice jestem przez cały czas z Wami. Podziwiam, gratuluję odwagi, zachłystuję się zdjęciami, trzymam mocno kciuki (Małgosia też), buziaczki
Tata Krzyś    11.08 16.27 Zdjęcia przecudne ale najbardziej podobają mi się Wasze uśmiechnięte pyszczki. Całuję je oba.
Siora            11.08 14.49 Jacek maluje mieszkanie. Ja siedzę z dziewczynkami na Polesiu i wszyscy oglądamy Wasze zdjęcia i czytamy z zapartym tchem. P.S.: Siostra co ty masz za buty na zdjęciu z postrzelonym kangurem!??? Ogromniaste całusy dla "ciocio Marty" od dziewczynek.
Rosa            11.08 13.35 No to komentujemy od początku;) życie jest piękne! Tak pięknie to pokazujecie, pewno długo ćwiczyłyście wyskoki:)oooch muszę mieć zaszczepkę tego kolorowego drzewa plissssssssssss, coście sie tak rozpanoszyły na tej plaży?!!!no dobra kawę trzeba pić we właściwym miejscu...te wzgórza – jak w Bieszczadzie troszkę:)noi deszcz- tak to powtórka z Bieszczad niewątpliwie, wiec chociaż w Pl klimat mamy podobny:) jak dobrze Was wszystkich widzieć razem, pewnie nasza para kochana nie posiadała się z radości bycia z Wami,
Eden to chyba najlepsze miejsce na takie spotkania, to wspaniałe, że Wam się udało!!!tak nam do Was wszystkich już bardzo tęskno!!!a Kiedy my się A1 doczekamy!!!!!panorama „ ślepy robi zdjęcie „ najfajniejsza, pewno Tomek jakich praktycznych rad udzielił;) Marta a Ty coś się tak rozsiadła? Basia zedrę z Ciebie te kurtkę więc lepiej się w niej mi nie pokazuj!!!no nie wierze Japonka i blues, pasuje jak kwiatek do kożucha! niezłe Was zdumiewające epizody spotykają! za 15 $ do góry pupą?! Jakie rozrzutne baby! zjadłybyście sobie dobrze, marnie wyglądacie! Apostołowie - tak to miejsce gdzie można uklęknąć, tam przeżywamy oczyszczenie:) cdn
trzymamy kciuki kochaneczki!
Rosa            11.08 12.58 czas nadrobić zaległości:) coraz ładniejsze zdjęcia robicie/-sz Basia?a jaka masz piękna niebieską kurtkę!!!cóż nie będę się powtarzać, że zajebiście nadal Wam zazdroszczę tejże podróży, że przepiękne krajobrazy pokazujecie choć to i tak pewno kropla w morzu tego co widzą wasze oczki, tak stwierdzam, że CHCIAŁABYM BYĆ WASZYMI OCZKAMI:)skoro nie mogę tam być całym ciałkiem z Wami:)wspaniale, że poznajecie tylu nowych ludzi i że udało Wam się spotkać z B&T( z nimi też mam sporo zaległości)więc dziewczynki dużooo dużooo ciepła Wam życzymy!uhm a te plaże.... u nas w zatoce morze już zakwitło, ale powiem Wam, ze nawet sporo ludzików się kąpało:)i nie dajcie się wielorybom!!!!
Jaronia         11.08 08.56 Matko bosko częstochosko... Jak patrzę na tych apostołów, to na myśl przychodzi mi tylko dziewczyna dresiarza z dowcipu, w którym dresiarz opowiadał o wycieczce do Paryża...
Jaronia         10.08 09.24 Uwaga PLATYPUS >>>
Jaronia         10.08 09.06 Taka mi przyszła rzecz do głowy... Australia, poza kangurami, dysponuje też wielką różnorodnością papug. Dlaczego nie ma ich na zdjęciach?
Tata Krzyś    08.08 12.36 Macie rację, że architektura niektórych budynków przypomina Bytom w czasach jego świetności np. ostatnie zdjęcie przypomina Pl. Pogody tylko za obecnych naszych WŁODARZY kompletnie wszystko jest rozp......ne, zniszczone i doprowadzone do ruiny. Dlatego cieszę się, że przynajmniej w innych zakątkach świata jest to zadbane. Całuję moje Kozy
Vojtek           08.08 09.18 nie......!!! przecież ta kamienica jest w Katowicach!
Jaronia         08.08 09.12 Ta kamienica to bardziej z rogu Webera i Jainty, tam gdzie mieszka niejaki Prezio ;-)
SLAWETNA    07.08 20.10 Basieńko nie słuchaj Vojtusia (ale tylko w tej kwestii:) ) bo u Nas w prawdzie ciepło - duszno ale i burzowo i pieroniście ha...ha..
Czekam na następne relacje z Waszych wędrówek :) Tęsknimy za Twoim zarąbistym uśmiechem.... poślij go Nam na jakimś foto :)
Całuski Mój Kokonku :0
Nowisia         06.08 18.57 No i się doczekałam adresu od Twojej Sister-(Marta) i wreszcie poczytałam o tych Waszych wojażach... FANTASTYCZNIE:)
jak szefowa przeczyta to będą nadgodziny z przyrody;) hihi pozdrowienia od naszej trójcy a zwłaszcza Kini:)
Vojtek           06.08 09.51 Ty... SLAWETNA, gdzie ty teraz jesteś...? w Bytomiu jest 23 st. i przebłyskuje słoneczko.... ;-))))
SLAWETNA    06.08 09.20 G.P spakowana i dzisiaj wyrusza do M.P :) U nas pogoda brzydka ale w porównaniu do tego co piszecie o temperaturkach u Was, to nie pozostaje nic innego jak wysłać 1000000000000000000000 GORĄCYCH BUZIAKÓW :0
Giencyk         05.08 22.19 hej, hej kochane podróżniczki.. wyglądacie bombowo, piszecie wystrzałowo i dowcipaśnie... tak trzymać, ślę Wam serdeczności moc i na zimne nocki ciepły koc. Zdrowo się odżywiajcie i szczęśliwie do domu wracajcie...  
Anna M.        05.08 22.15 Normalnie drzewo nas powaliło. Boskie. Nie mogłyśmy się doczekać kolejnych relacji i wybyłyśmy z Dorotą w SAMOCHODOWĄ podróż na Pojezierze Lubuskie do Ośna. Dorota spisała się dzielnie i dotarłyśmy bez przeszkód do przytulnego domeczku z basenem - skąd ciepło WAS pozdrawiamy. Anka i Dorota.  
SLAWETNA    05.08 16.37 Basieńko już wróciłyśmy z wakacji, było super i pędem czytam Twoje przeżycia....
ale bosko jest poczytać te Wasze wszystkie przeżycia, pooglądać fotki ....obłęd... jesteście debestowe w redagowaniu Waszych przeżyć :))))) Wysyłam Ci buziaki Ty Mój kochany Kokonku :0 :))))
Vojtek           05.08 07.31 Sobie zrobiłyście zdjęcia z tablicą... a Stef?!!!
Krzysiu Z       05.08 00.18 Pozdrowienia dla dziewczyn i Stefana :) PS Jak tylko wrócicie z szkolenia z zakładania łańcuchów :)
Ola Szcześniak
                    04.08 16.56
Pozdrawiam Was serdecznie. Jesteście odważne i wspaniałe, a zdjęcia boskie... Życzę dalszych super przygód. Całuski.
Uściski od Zbynia oczywiście.
iwa               03.08 21.57 coś mi się wydaje, że jednak napadało te 12 metrów śniegu i dziewczyny budują iglo... :) Trzymajcie się Dziewuszki i piszcie nam co nowego u Was, buziole w Wasze pychole
margolcia      03.08 19.53 resztę obejrzę jak wrócę, kończe pakować towarzystwo i z rańca lecim. Pozdrawiamy całom rodzinkom
margolcia      03.08 19.49 jesteście WIELKIE. Barabaro, aleście się wylaszczyła!!!
margolcia      03.08 19.37 no piękna- upał, kurz, trudności - ale biżut w uchu musi być. Dla mnie wszystko bombowe.
Jak wrócę w marcu to będziemy tylko spikać?
Tata Krzyś     02.08 21.10 To już trzecia część? Jeszcze się nie nacieszyłem pierwszą i drugą ale pilnie obserwuję Wasze przygody. Jestem z Was bardzo dumny. CAŁUJĘ OBIE PODRÓŻNICZKI.
jozef kozlowski 
                    02.08 16.56
zdjęcia są super szczególnie te dzikie plaze, nad baltykiem jest taka w czolpinie kolo leby
pozdrowienia tata jozek
Jaronia         02.08 13.45 To drzewo jest genialne, wygląda zupełnie jak Drzewo Dusz z Avatara!
Fronia           02.08 11.11 W dalszym ciągu wymiatacie:) Zdjęcia rewelacyjne (ujęła mnie szczególnie fotka Barbary w trybie wieczornym, czy też sypialnianym). A ja wróciłam wczoraj z Warszawy. Zostałam wciągnięta w małe zamieszki pod pałacem prezydenckim, ale na dołku nie wylądowałam zatem weekend uznaję za udany;)) Życzę wspaniałych wrażeń, pozdrawiam.
M i A Piotrków Trybunalski 
                    01.08 22.36
Oglądamy i czytamy z zapartym tchem, robi wrażenie. Myślimy, że po powrocie znajdziesz Martusia czas żeby przyjechać do nas i na żywo poopowiadać. Całujemy
Vojtek           01.08 19.03 Cudne zdjęcia z plaży! A to drzewo...
Mariola & Grzegorz 
                        
                    01.08 12.22
Dziewczyny, wspaniale wyglądacie, jesteście pełne humoru i "odwagi" :) Mamy nadzieję, że ta wasza australijska "wyprawa" pozostawi wspomnienia do końca życia, zdjęcia są wspaniałe, czekamy na dalsze ciekawostki z siódmego ? kontynentu i jesteśmy myślami przy WAS !! Gorące pozdrowienia z Ka-Li, pa,pa - do zobaczenia wkrótce !!  
Beata Kozłowska  
                        

                    31.07 20:33
Pozdrawiamy ciepło, tym cieplej, że widzę u Was temperatury odwrotne do naszych. My już po Paryżu - było cudnie. Ale opowieści po Twoim powrocie Basiu. Zdjęcia, które oglądamy śledząc Wasze podróżowanie są piękne a komentarze dowcipne i konkretno-obrazowe. SUPER!!! Tylko Was za mało na tych zdjęciach. Paulinka codziennie Cię wspomina i już odlicza czas do spotkania w Bytomiu. Ściskamy Was mocno. Bawcie się dobrze. B i P  
    
   
   
Prosimy o komentarze
Twój Nick/imię, nazwisko:


Komentarz:


   
AustraliaWycieczkiLastMinute.pl                                                                                                                                                                 Created by WebSiteDesign